z pamiętnika przedsiębiorcy: systematyczna namacalność

Z pamiętnika przedsiębiorcy: chciałbym pokazać Wam dzisiaj wykres, który moim zdaniem pokazuje pewną ważną prawidłowość. Mianowicie w pracy takiej jak nasza (to znaczy moja i całego naszego zespołu) liczy się coś, co moglibyśmy nazwać “systematyczną namacalnością”.

12715812_597982070383133_9081160245438978101_n

Wykres przedstawia polubienia profilu facebookowego naszego studia. Bezwstydnie wrzucam go wraz z podziałką, bo nie będę przed Wami udawał, że jesteśmy sławni. Niedawno przekroczyliśmy 300 lajków. To więcej niż strona, która trafia tylko do znajomych, ale mniej niż mają strony rozpoznawane przez ludzi, którzy nich nie korzystają. Osobiście jestem zadowolony, bo to cztery razy więcej niż rok temu. Liczę na to, że za rok powiem to samo.

Lajki nie przekładają się 1:1 na “grupę docelową”. To, że ktoś nas “lubi”, nie znaczy, że kupi coś, co zrobiliśmy (zresztą to byłoby trochę okropne, gdybyśmy na co dzień rozumowali w takich kategoriach). Z kolei to, że interesuje go np. nasza książka, nie oznacza, że sobie nas odfajkuje na Facebooku. Na przykład w zeszłorocznej kampanii crowdfundingowej uzyskaliśmy wsparcie 343 osób (wszystkim dziękuję!), mimo że zaczynaliśmy ją z około 100 lajkami, a zakończyliśmy z około 220.

Zanim powiem, co dokładnie widać na tym wykresie, wskażę kilka detali:
– od grudnia 2014 do sierpnia 2015 pojawiają się “schodki”,
– w lutym i marcu 2015 oraz we wrześniu i październiku tego samego roku wykres jest w zasadzie płaski,
– w czerwcu, lipcu i sierpniu dzieje się bardzo dużo,
– zarówno na lewym jak i na prawym krańcu wykres powolutku się pnie, ale po prawej stronie robi to znacznie szybciej.

“Schodki” to punkty, w których albo ogłosiliśmy coś ważnego, albo zrobiliśmy coś wyjątkowego. W grudniu zapowiedzieliśmy książkę i otworzyliśmy nową wersję strony. W maju opublikowaliśmy pierwszą część książki. W czerwcu zaczęła się kampania na polakpotrafi. W trakcie crowdfundingu, który skończył się 8 sierpnia, działo się bardzo dużo: publikowaliśmy, ogłaszaliśmy, zachęcaliśmy, pisano o nas w prasie growej i tak dalej. Zawdzięczamy temu dramatyczny wzrost zainteresowania. Ostatni schodek, pod koniec sierpnia, to moment, gdy zaczęliśmy rozsyłać nagrody fizyczne. Zauważcie, że nie nastąpił jeden wielki skok, tylko kilka mniejszych. Mieliśmy kilka udanych wystąpień, których skutki nawarstwiły się.

Okresy luty-marzec i wrzesień-październik, czyli te płaskie, wzięły się stąd, że mieliśmy tak dużo na głowie, że nie zrobiliśmy niczego “namacalnego”, to znaczy widocznego dla odbiorców. Poza tymi dwoma okresami cały czas coś dostarczamy: ostatnio głównie zamykamy kolejne części książki, wcześniej regularnie publikowaliśmy artykuły (a po zamknięciu książki na pewno do tego wrócimy!).

Gdyby zsumować wszystkie schodki, wyszłaby mniej więcej połowa wysokości wykresu. Zrywy i wezwania do działań są ważne, ale nie są wszystkim. Wiele osób zainteresowało się nami, ponieważ raz, drugi, trzeci zobaczyli, że robimy coś fajnego i uznali, że chcą być na bieżąco. Tego rodzaju polubienia przyrastają w sposób ciągły, ponieważ ciągle o sobie przypominamy.

Dla porównania, niewiele korzyści mieliśmy do tej pory ze współpracy z prasą tematyczną. Nawet gdy pisze o nas strona o rozgłosie dużo większym od naszego, to z reguły niewiele z tego wynika, ponieważ potem już nie pisze o nas po raz drugi. Tymczasem ludzie bardzo często potrzebują kilku kontaktów z rzędu, żeby oswoić się z kimś bliżej nieznanym.

W rezultacie nasza zdolność do przyciągania uwagi zależy przede wszystkim od naszej zdolności do systematycznego produkowania nowych treści, i to konkretnie takich, którymi możemy się pochwalić (czyli “namacalnych”).

Jest jeszcze drugi ważny czynnik. To nie przypadek, że prawa część wykresu jest bardziej stroma od lewej. Nasza zdolność do przyciągania uwagi zależy również od tego, ile osób już nas lubi. Im więcej takich osób jest, tym więcej z nich na przykład czyta dany artykuł. Im więcej czytelników, tym więcej czytelników zadowolonych. Im więcej zadowolonych czytelników, tym więcej polubień i udostępnień. To zaś wpływa na liczbę osób, które właśnie dowiedziały się o nas.

Nasze statystyki z Facebooka nie sięgają wystarczająco daleko, żeby było widać rok 2014 (również dlatego, że kiedyś nie było nas na Facebooku), ale proporcjonalnie ta sama różnica była między danymi z początku 2015 roku a danymi z początku 2014. Nie przybywa nam X odbiorców w jednostce czasu, tylko X procent. Patrzycie na (bardzo zaburzoną) funkcję wykładniczą, która “wypłaszczy” się dopiero, gdy damy się poznać w przybliżeniu wszystkim naszym potencjalnym odbiorcom.

Wyzwanie polega na tym, że X jest niskie. Zajmuję się samodzielnym tworzeniem treści już od kilku lat i przez cały ten czas powtarza się prawidłowość, że kiedy udaje nam się konkretna rzecz, to nasza grupa odbiorców w rezultacie rośnie o 10 procent. Tak było, gdy publikowałem moje najlepsze artykuły, gdy udostępniliśmy “Czelabińsk” (małą grę zręcznościową) i gdy wystawiliśmy “Fuszerkę” (opowiadanie SF). Żeby zgromadzić odbiorców na tyle licznych, by można było zaoferować im większy utwór, taki jak książka, potrzeba kilkudziesięciu udanych, namacalnych “osiągnięć”.

Na szczęście słowo “osiągnięcie” jest tu nieco mylące, bo nie chodzi o to, żeby zbierać nagrody branżowe, tylko żeby dostarczać fajne rzeczy w dobrym standardzie. Nawet rzecz po prostu dobra coś daje. Rzecz wyjątkowa pozwala zrobić kilka (ale nie kilkadziesiąt!) kroków naraz.

Za to gdy się zrobi przerwę, rozgłos rozpływa się. Zanim założyłem studio, prowadziłem bloga, który stopniowo zdobywał nowych odbiorców, do momentu gdy w mojej ówczesnej pracy zaczęły się kłopoty w dużym projekcie. Praca stała się wtedy na tyle wyczerpująca, że w domu już nie byłem w stanie pisać. Gdy znowu miałem na to czas i siły, okazało się, że muszę zaczynać praktycznie od nowa.

Te prawidłowości pokazują dwie rzeczy: do czego autorom i zespołom twórczym przydają się wydawcy oraz w jaki sposób można sobie poradzić bez nich. Wydawca to w uproszczeniu ktoś, kto ma własną grupę odbiorców. Łatwiej mu ją zbudować, bo jego “namacalnymi osiągnięciami” są kolejne utwory. Tych zaś ma pod dostatkiem, bo obsługuje wielu autorów i wiele zespołów naraz. Na ogół może też przebierać w nich i wydawać tylko te utwory, które uzna za najbardziej obiecujące.

A jak się obejść bez wydawcy? Znaleźć czas na wykonywanie dużej liczby małych zadań. Przypominać się odbiorcom czymś, co ma dla nich autentyczną, niezerową wartość. Reklamować rzeczy wyjątkowe i przewyższające oczekiwania, ale nie zaniedbywać rzeczy mniej widowiskowych, a też przydatnych. Budowanie rozgłosu to maraton. Autorom marzącym o samodzielności doradzałbym, żeby dali sobie trzy lata.

Gdyby nasze studio miało budżet na “promocję”, w pierwszej kolejności przeznaczyłoby go wcale nie na reklamę, tylko na pisanie ciekawych i pięknie ilustrowanych artykułów. Idealnie byłoby zaproponować odbiorcom coś fajnego raz w tygodniu. W drugiej kolejności postaralibyśmy się o bezpośrednie kontakty z faktycznymi i potencjalnymi sympatykami.

A jeśli się nie ma budżetu na promocję? Można i trzeba go sobie wykroić, wykorzystując to, co już się ma. Na przykład moją silną stroną jest wprawa w pisaniu. Dlatego kiedy czuję, że nie mogę dłużej pisać o schematach interakcji albo o wpływie losowości na przebieg eksperymentu samouczkowego, bo mózg mi się gotuje, zamiast tego piszę artykuły takie jak ten. Ja odpoczywam, Wam mam nadzieję podobał się ten tekst, a może przy okazji ktoś się o nas dowie.


republikacja z: facebook.com/photo.php?fbid=597982070383133

Pisze: Jacek

Prowadzi studio działalności okołogrowej Inżynieria Wszechświetności i tam m.in. pisze więcej o grach. Autor podręcznika Level design dla początkujących.

Twórczość Jacka można wspierać na Patronite.

Author: Jacek

Prowadzi studio działalności okołogrowej Inżynieria Wszechświetności i tam m.in. pisze więcej o grach. Autor podręcznika Level design dla początkujących. Twórczość Jacka można wspierać na Patronite.