Case study

Czasami po prostu nie czuję się dobrze, gdy wokół są ludzie, dlatego z demonstracji przeciwko rasizmowi zerwałem się już po 30 minutach. W takie dni żyję życiem kanarka kopalnianego: boleśnie odczuwam stosunkowo niskie stężenie “toksycznej atmosfery”, które inni ludzie zdają się znosić bez skutków ubocznych.

Być może dlatego tak mnie zirytowała starsza pani, która krążyła wokół zgromadzenia i rozdawała ulotki. Treść tychże prawdopodobnie była w kontrze do demonstracji, ale pewności nie mam, ponieważ doczytałem tylko do drugiego zdania. Straciłem cierpliwość, gdy zobaczyłem zwrot “tak zwany obóz postępu” (lub bardzo podobny – niestety nie zachowałem samej ulotki).

Chciałbym zrobić z tego zwrotu “case study”, ponieważ każde słowo jest w nim nie na miejscu.

Po pierwsze, stroną w sporze o uchodźców nie jest “obóz”. Na dzisiejszej demonstracji byli równocześnie anarchosyndykaliści z Inicjatywy Pracowniczej i zwolennicy Nowoczesnej. Ci ludzie nie mają ze sobą dosłownie nic wspólnego poza tą jedną jedyną sprawą (i może jeszcze kwestią podtrzymania państwa prawa w Polsce – bo już sprawiedliwość społeczną definiują różnie).

Po drugie, “obóz postępu” to w uproszczeniu liberałowie. Podczas occupyKPRM słyszałem o “postępie” tylko wtedy, gdy ktoś krytykował PO i Nowoczesną za utożsamianie postępu z praktyką stawiania zysków ponad interesem społecznym. Hasłem rozpoznawczym ludzi mojego pokroju byłaby raczej “solidarność”, gdyby nie ta drobna przeszkoda, że to słowo jest już zajęte.

Po trzecie, kiedy nazywając swoich przeciwników rozpoczyna się ich identyfikator od słów “tak zwany”, to odmawia się racji bytu temu, co po tych słowach następuje. Tak zwany, czyli jedynie z nazwy, a więc udawany, a więc nieprawdziwy, a więc w najlepszym razie głupiec, w najgorszym oszust.

Tak więc ulotka już w drugim zdaniu zdążyła wtłoczyć mnie, odbiorcę, w nieprzystający do faktów model pojęciowy (“obóz”), błędnie sklasyfikować (“postępu”) i obrazić (“tak zwany”).

Starsza pani sama była zirytowana faktem, że nie chciałem tej ulotki czytać. Najprawdopodobniej nie miała zielonego pojęcia, o co mi w ogóle chodzi. Musiałbym jej to krok po kroku wytłumaczyć, co nie było możliwe, ponieważ czasami po prostu nie czuję się dobrze, gdy wokół są ludzie.

Nadmiernie przywykliśmy do takich sformułowań jak “tak zwany obóz postępu”. Przywykliśmy do tego stopnia, że używamy ich od niechcenia, jakby to były zupełnie zwyczajne idiomy. To są nasze werbalne sztandary: wstawiamy je do wypowiedzi po to, żeby usankcjonować nasz własny punkt widzenia i wykluczyć go z dalszej dyskusji. Odbiorca, żeby w ogóle uczestniczyć w rozmowie, musi już na wstępnie zgodzić się na nasze warunki, na przykład na to, że ludzie postulujący pewien pogląd są “tak zwanym obozem postępu”, a nie po prostu “zwolennikami otwartości na migrację”. To jest rodzaj retorycznego oszustwa: “dogadajmy się, czyli zrób tak jak mówię”.

Nie widzę w tym względzie różnicy między ludźmi, z którymi się na co dzień zgadzam, a tymi, którym się sprzeciwiam. Prawicowa (jak mniemam) ulotka zacznie się od “tak zwanego obozu postępu”. Za to lewicowy autor mimochodem rzuci coś o “kucach” lub, w nieco mniej agresywnym wariancie, użyje jednego z popularnych obecnie łamańców gramatycznych motywowanych (moim zdaniem źle pojętą) równością płci. A na przykład dzisiaj felieton w pewnym poczytnym portalu przyozdobiony jest zdjęciem, na którym logo partii Razem wkomponowano pomiędzy portrety Antoniego Macierewicza i Krystyny Pawłowicz.

Takie zabiegi nieuchronnie obrastają toksycznymi skojarzeniami, na ogół pozostającymi w sferze emocji, a więc trudnymi do wskazania i nazwania. Prowadzą one odbiorców ku – pozornie bezpodstawnej – szewskiej pasji. Sami autorzy ich nie czują, bo ich własne sztandary werbalne są dla nich przezroczyste, a nawet kojarzą się komfortowo. Autor stawia sztandar werbalny od niechcenia, bo to jest jego własny sztandar. Odbiorca czuje się zagrożony, bo nie może dostawić swojego.

W ten sposób rozmowa staje się grą pozorów, ponieważ zanim w ogóle przejdziemy do sedna, już wypraszamy najważniejszych odbiorców, to znaczy tych, którzy się z nami (jeszcze) nie zgadzają. Kupujemy sobie za to poczucie moralnej wyższości: my przecież rozmawiamy, to inni nie chcą słuchać. Działa to jeszcze lepiej, gdy ktoś się zirytuje na tyle, by sporządzić emocjonalną polemikę, którą zapewne też rozpocznie od wbicia paru sztandarów. My pozostajemy we własnym odbiorze racjonalni, za to pozostali nic nie rozumieją.

Gdy proces ten trwa dostatecznie długo, sztandary stają się frazesami i ludzie zaczynają używać ich “bo tak się mówi”, bez świadomości ich pierwotnego znaczenia. Inaczej mówiąc, stawiają cudze sztandary i nawet o tym nie wiedzą. Z drugiej strony, asocjacja polemiki z irytacją utrwala się i czasem nawet bez sztandarów odbiorcy ruszają w bój z przyzwyczajenia.

Na krótką metę tak już przywykliśmy do pewnego stałego poziomu zniewagi, że trzeba być kanarkiem kopalnianym, żeby w ogóle zauważyć, że coś tu śmierdzi. Jednak na dłuższą metę normalni ludzie też się trują. W odruchu obronnym zakreślają własne, malutkie terytorium i, jak mawia moja znajoma, ogłaszają się Szwajcarią.

Na dzisiejszą demonstrację przyszło kilkaset osób.


republikacja z: facebook.com/jzwesolowski/posts/609931305854876

Jacek

Prowadzi studio działalności okołogrowej Inżynieria Wszechświetności i tam m.in. pisze więcej o grach. Autor podręcznika Level design dla początkujących. Twórczość Jacka można wspierać na Patronite.