grymilion dolarówpolityka

Obieg w przybliżeniu zamknięty

Wymiana uwag w komentarzach u Pawła Dembowskiego przypomniała mi, że dawno nie było pomysłu na grę. A tymczasem wczoraj właśnie miałem nowy, świeżutki, po tym jak Jarosław Hirny-Budka zacytował jakieś wyliczenie robione przez ludzi związanych z Leszkiem Balcerowiczem, w którym oczywiście narzekają, że płacimy strasznie dużo podatków. Jarek się trochę zirytował, bo wyliczenie wydało mu się co najmniej naciągane.

A mi się wtedy przypomniało, że od dawna mnie dręczy powszechne nieporozumienie dotyczące pieniędzy. Wszystkie potoczne dyskusje o podatkach traktują je w ten sposób, że mamy pewien przychód, czyli dopływ, oraz pewne koszty, czyli odpływy. Każdy płatnik jest rozpatrywany jako jednostka, czyli jako finansowy układ otwarty: tu wlata, tam wylata, bilans może być dodatni albo ujemny. Podatek to jest po prostu jeszcze jeden koszt.

Tymczasem w rzeczywistości pieniądze krążą w obiegu w przybliżeniu zamkniętym (to jest spore przybliżenie i dużo tutaj pomijam, po to żeby ten wpis był krótszy).

Powiedzmy, że sprzedam gry komputerowe za 1000 złotych i zapłacę 200 złotych podatku. Te konkretne 200 złotych nie zniknie w czarnej dziurze, tylko zostanie zapłacone, na przykład, lekarzowi w państwowym szpitalu. On od tego zapłaci 40 złotych podatku, które znowu zostaną zapłacone na przykład jakiemuś lekarzowi i tak dalej. Pozostałe 160 też nie zniknie w dziurze, tylko lekarz je wyda, dajmy na to kupi sobie krzesło. W cenie krzesła jest 30 złotych podatku, które zostaną zapłacone na przykład jakiemuś lekarzowi, który… i tak dalej, a z pozostałych 130 złotych jakieś 40 będzie stanowiła marża sklepu z krzesłami. Z tych 40 złotych sklep 15 złotych zapłaci zatrudnionemu w tym sklepie sprzedawcy krzeseł, który od tego zapłaci 3 złote podatku, który pójdzie na pensję jakiegoś lekarza, który… i tak dalej. Za pozostałe 12 złotych sprzedawca krzeseł na przykład kupi ode mnie grę komputerową – czyli sprzedałem już gier za 1012 złotych, czyli “mój” podatek zrobił długie kółko przez całą Polskę i wrócił do mnie.

Inaczej mówiąc, podatek to jest bardziej takie jakby przekierowanie, przestawienie zwrotnicy, po to żeby pieniądze popłynęły inną trasą.

Jeszcze inaczej mówiąc, gdyby sobie zwizualizować całą (ogólnoświatową) ekonomię, włącznie z podatkami, otrzymalibyśmy niesamowicie skomplikowany obrazek wyglądający trochę jak mapa prądów powietrznych: wiry w wirach, duże przepływ, małe przepływy, cyklony, wiatry pędzące przez pół globu – ale całość zostaje cały czas na swoim miejscu, atmosfera jest układem w przybliżeniu zamkniętym, powietrze (prawie) nie ucieka w kosmos. W przypadku atmosfery wolimy, żeby nie wiało za mocno. W przypadku pieniędzy – im bardziej krążą, tym więcej pracy wykonują / umożliwiają. Podatek to jest wsadzenie ręki do wanny i kręcenie nią, żeby nakręcić mocniejszy wir (albo go zatrzymać, jeśli kręcimy w złą stronę).

Nie mam pewności, czy wyraziłem się jasno. Na szczęście wpadłem na pomysł gry, która wystrzegałaby się symulowania tego wszystkiego, a w zamian robiłaby rzecz uproszczoną, polegającą na tym, że na całym świecie byłoby może ze sto ludzików. Te ludziki siedziałyby sobie smutne i nic by nie robiły, bo nie miałyby nic do roboty, a poza tym byłyby głodne. Gracz by był, powiedzmy, piekarzem sprzedającym bułki, ale nikt by ich od niego nie kupował, bo bułka kosztuje 10 groszy.

Od czasu do czasu przychodziłby koleś z kuferkiem i zanosiłby go do urzędu stojącego w rogu ekranu. Wtedy urząd zamawiałby u ludzi rzeczy i by im za nie płacił. Oni by już mieli pieniądze, więc przyszliby po bułki. Za sprzedaż tych bułek gracz płaciłby podatek i wtedy urząd znowu by coś zamawiał. Oczywiście gracz musiałby dokupić u innego ludzika zboże na te bułki, a ten ludzik by sobie wtedy kupił na przykład krzesło i tak by to sobie się turlało. Ponieważ byłoby tylko sto ludzików, to można by wszystko prześledzić na własne oczy i zobaczyć ten cały obieg zamknięty.

Oczywiście wszystko na maksa uproszczone, żadna tam symulacja prawdziwej ekonomii. Chodzi o przedstawienie pewnej idei w możliwie najczystszej, a jednak wciąż namacalnej postaci.

Ta gra jest przykładem czegoś, co nazywam “interaktywnym felietonem”, czyli zilustrowaniem pewnej idei w rozgrywce. Tutaj chodzi konkretnie o to, żeby zapoznać odbiorców z myśleniem o ekonomii jako obiegu zamkniętym. Uważam, że takie rzeczy są dużo bardziej intuicyjne, gdy są interaktywne, niż gdy się je mozolnie opisuje słowami, tak jak ja powyżej.

Jakby mi ktoś za taką grę zapłacił tak z 10 tysięcy złotych, to by już w tym była nasza marża, a grafik i dźwiękowiec też by sensownie zarobili i też popłacili swoje podatki. Kiedyś powiedziałbym 15 tysięcy, ale w międzyczasie usprawniłem proces.

(ręka do góry, kto podczas czytania zapytał: “a czemu on im nie może tych bułek rozdać?”; chciałbym, żeby to rewolucyjne pytanie odbiorcy zadali sobie samodzielnie i pomyśleli, że przyłapali mnie na luce w rozumowaniu)


republikacja z: facebook.com/jzwesolowski/posts/825254817655856

Jacek

Prowadzi studio działalności okołogrowej Inżynieria Wszechświetności i tam m.in. pisze więcej o grach. Autor podręcznika Level design dla początkujących. Twórczość Jacka można wspierać na Patronite. → facebook → twitter