demonstracje

Demonstracja 22 lipca

Dotarłem dzisiaj do punktu, w którym ciało się zbuntowało i około 10 minut po rozpoczęciu demonstracji powiedziało, że teraz idzie spać. Uciekłem więc ze zgromadzenia przed Sądem Najwyższym i poczłapałem do domu, zresztą bez większego żalu, bo z jednej strony tłum był spory, a z drugiej – KOD-owy zapiewajło działał mi na nerwy.

Nie chciałbym, żeby to zabrzmiało jak jakieś hipsterskie ocenianie imprezy na mocne 3/10. Raczej dostrzegam naukę tego rodzaju, że możliwości protestowania jest teraz tyle, że można sobie wybrać taką, która nam odpowiada swoim czasem, miejscem lub estetyką, i nadal zrobić solidny kawał roboty. Prawdę mówiąc, gdybym teraz zobaczył grupkę trzech osób ze świeczkami stojącą na jakimś pierwszym z brzegu skrzyżowaniu, to bym w ogóle nie miał poczucia, że coś tu się nie zgadza.

Zdecydowanie jest różnica estetyczna między KOD-em a Lewicą, mimo że nastąpiło chyba jakieś przełamanie lodów, bo dzisiaj koordynacja demonstracji była wzorcowa. O 18 pod pałacem prezydenckim demonstrowało Razem i przyjaciele, ale skończyli akurat w samą porę, żeby ludzie zdążyli przejść z jednego miejsca na drugie. Marcie Lempart udało się przemówić i tu, i tam.

Na razemowej demonstracji kilkutysięczny tłum mieszany: część osób, które przyszły konkretnie dlatego, że to lewicowa demonstracja, a część, bo to demonstracja w sprawie sądów. Widać było, że niektórzy wiwatują, a inni tylko się przysłuchują. Było też widać, że te bardziej lewicowe hasła podrywają ludzi stojących bliżej sceny, a te bardziej wspólne podrywają stojących dalej – czyli tłumy były tak naprawdę dwa. Dla porządku: nie było scysji, choć początkowo wszyscy się trochę krępowali. Pod koniec zgromadzenia ktoś próbował podjąć okrzyk o “kaczorze-dyktatorze”, ale ludzie za tym nie poszli, a mówczyni szybko rozbroiła sytuację przeróbką na “precz z dyktaturą”.

Klimat w ogóle był specyficzny, bo w lipcowe, weekendowe popołudnia na Krakowskim jest mnóstwo przechodniów. Oni wszyscy nie omijali demonstracji (nie było jak), tylko przechodzili przez nią. Jeżeli organizatorzy liczyli, że wyraziste wystąpienia zapadną w pamięć osobom postronnym, to myślę, że odnieśli dziś znaczny sukces.

Przy okazji zanotowałem kolejną zmianę jakościową. Trzy razy minął mnie komplet rodzinny: rodzice plus kilkuletnie dziecko, przy czym we wszystkich przypadkach rodzice właśnie byli w trakcie tłumaczenia dziecku, po co są sądy i czemu są takie ważne. Dzieciarnia to ma dobrze teraz. Ja w ich wieku wiedziałem tylko, co to są “smutni panowie”.

Bardzo dobre przemówienia. Niektóre w naprawdę bardzo bojowym nastroju, w tym zwłaszcza Piotr Szumlewicz z OPZZ wygłosił praktycznie rzecz biorąc gotowy, lewicowy manifest podsumowany nieomal pogróżką o tłumach górników i energetyków. W sumie nic dziwnego, skoro jesteśmy na etapie, gdy gestem demonstrantów jest zaciśnięta pięść. Było w tych przemówieniach bardzo dużo treści w tej chwili bardzo ważnych, bo wyrażających pewną (lewicową) wizję kraju. Bardzo dużo mówiono o tym, jaka Polska powinna być. Ciągle była mowa o sprawiedliwości społecznej. Jeden z mówców, student prawa, rozgadał się, a ludzie i tak słuchali, gdy przytaczał kolejne interpretacje przepisów i przykłady praktyki sądowniczej. Tym właśnie być może zdziałał najwięcej ze wszystkich: lewicowe hasło można łatwo odrzucić, bo jest tożsamościowe, ale jeśli się akceptuje lewicowy tok rozumowania, czyli pewne pryncypium, to już się jest lewicowcem, nawet jeśli się o tym jeszcze nie wie.

Zastanawiam się, jak się poczuł pan z przypinką Nowoczesnej, którego widziałem w tłumie, gdy student przystąpił do chwalenia sądów za to, że w kilku tysiącach przypadków wstecznie zmieniły umowę zlecenia na umowę o pracę. W neoliberalnych memach to jest sztandarowy przykład prawniczego absurdu. Ja oczywiście uważam, że tak właśnie powinno być, ale dla wyborcy Nowoczesnej to musi być szok, że ktoś tak mówi na serio do tysięcy ludzi, a ludzie mu klaszczą.

Nie wiem, ile procent dostanie Razem w następnych wyborach, ale na pewno udało im się w ostatnich dwóch tygodniach przełamać antylewicowe tabu. Zademonstrowali dzisiaj nie tylko rządowi, że potrafią urządzić solidną, wymierzoną w niego demonstrację, ale także samym demonstrującym, że pewna pula poglądów, dotąd, umówmy się, lekceważona, ma prawo bytu, a co więcej – ma szczerych zwolenników.

Koniec końców najbardziej gromkie owacje – od wszystkich – dostał Adrian Zandberg, gdy doszedł do hasła mówiącego, że sądy nie powinny być podległe żadnym politykom: ani z PiS, ani z Platformy, ani z Razem. Myślę, że z tym zdaniem wiele osób wróci do domu i będzie je przytaczać. Może ten Zandberg to lewak i komuch, ale przynajmniej uczciwy.

Można zapytać, czy sprawa sądów została przykryta przez sprawy “lewaków”, ale odpowiedź jest zdecydowanie przecząca. Cały czas była mowa o tym, dlaczego sądy są ważne, tyle że konkretnie mówiono o tym, dlaczego są ważne dla Lewicy. Na wypadek, gdyby komuś miało umknąć, co tutaj zachodzi, na koniec jeszcze wszyscy mówcy ze wszystkich organizacji stanęli na scenie (ledwo się zmieścili) i cyknęli wspólną słitfocię.

Podział opozycji na dwa bloki stał się faktem: pomagamy sobie, ale każdy pielęgnuje własną opowieść.

Jacek

Prowadzi studio działalności okołogrowej Inżynieria Wszechświetności i tam m.in. pisze więcej o grach. Autor podręcznika Level design dla początkujących. Twórczość Jacka można wspierać na Patronite. → facebook → twitter