polityka

Dlaczego lewica się nie zjednoczy

Niezastąpione OKO.press od pewnego czasu prowadzi eksperyment sondażowy, w którym przedstawia respondentom hipotetyczne listy wyborcze. Szczególną uwagą cieszy się lewica, którą można łączyć na najwięcej sposobów. Z sondaży dowiadujemy się, że respondenci bardzo cenią ideę wspólnej listy okołolewicowej i chętnie by na nią zagłosowali.

Czemuż by więc nie połączyć wszystkich sił okołolewicowych, ogłosić wspólnego startu Demokratycznej Zielonej Inicjatywy Razem dla Sprawiedliwości Społecznej i cieszyć się pozycją języczka u wagi? Kuszące – a jednak zjednoczenia nie ma. Przeniosłem się z publicystyki do polityki między innymi po to, by zrozumieć dlaczego.

Najbardziej oględna i nieoskarżająca odpowiedź, jaką mogę zaproponować w tej chwili, brzmi następująco. Sondaże Oka opierają się na ukrytym założeniu, że hipotetyczna organizacja polityczna, powstała z połączenia sił kilku różnych partii i stowarzyszeń, byłaby spójna i działałaby ze skutecznością porównywalną do tradycyjnych partii politycznych. To założenie jest błędne.

Organizacja polityczna nie jest zbiorem ludzi. To przede wszystkim pewna struktura. Dobrym przykładem różnicy między grupą ludzi a strukturą jest fenomen „działacza inicjatywnego”. Otóż w dużej grupie większość osób jest stosunkowo bierna: zrobią to, o co się je poprosi, ale raczej nie podejmą działania same z siebie. Dosyć nieliczna część grupy, rzędu 20 procent ogółu, przejawia inicjatywę, czyli wpada na własne pomysły, a potem je wdraża i wciąga w nie tych trochę mniej zaangażowanych.

Bardzo wiele da się powiedzieć o partii na podstawie tego, co z takimi osobami robi. To temat na książkę, a teraz niech wystarczy nam rozróżnienie na organizacje wodzowskie i uzgodnieniowe. W organizacji wodzowskiej inicjatywa jest przywilejem przywódcy i osób, do których ją oddelegował. W organizacji uzgodnieniowej oczekuje się inicjatywy od wszystkich i tworzy się zabezpieczenia przed przejmowaniem całej inicjatywy przez konkretną osobę lub podgrupę.

W praktyce nie jest możliwa ani organizacja całkowicie wodzowska – bo wódz nie może być wszędzie i wszystkiego dopilnować, ani organizacja całkowicie uzgodnieniowa – bo nawet gdyby wszyscy w niej mieli inicjatywę, to bardzo często ich pomysły by się wykluczały.

Z praktyki partii Razem, która jest organizacją radykalnie uzgodnieniową, wynika, że rozdysponowanie inicjatywy pomiędzy cały aktyw rodzi narzuty komunikacyjne. Polegają one na tym, że skoro każda osoba w partii ma prawo do inicjatywy, to ma również prawo oczekiwać, że ta inicjatywa zostanie uszanowana. Typowy przykład takiego narzutu to sytuacja, gdy Zarząd Krajowy wykonuje pewne skomplikowane, specjalistyczne działanie, po czym się z niego gęsto tłumaczy na partyjnym forum, bo osoby, których to działanie być może nawet nie dotyczy, chcą upewnić się, że ono jest zgodne z tym, jak one sądzą, że partia powinna działać.

Patologią, z którą się czasem w partii Razem spotykam, jest sabotowanie kanałów komunikacyjnych. Niektóre osoby udają, że nie słyszą, co się do nich mówi, w nadziei, że jak nie odpowiedzą na dane pytanie, to się nie będą musiały tłumaczyć.

Oczywiście są na to sposoby. Opisuję zjawisko, by pokazać, jakie wyzwania przezwyciężamy na co dzień za kulisami. Ktoś, kto projektuje organizację taką jak Razem, staje na przykład przed pytaniem, jak dużą część zasobów organ taki jak Zarząd Krajowy powinien poświęcić „tłumaczeniu się”, a ile zarezerwować na faktyczne działanie. Rozważny projektant poszuka sposobów na to, by działania Zarządu Krajowego miały cechę „samodokumentującą”, inaczej mówiąc były prowadzone w taki sposób, żeby już nie trzeba było dopytywać.

To się jednak zdecydowanie łatwiej mówi niż robi, bo nie wystarczy napisać dobry statut, wdrożyć system śledzenia zadań ani rozpisać solidną procedurę. Trzeba jeszcze wytrenować całą partię w stosowaniu tych narzędzi. O tym, czy Razem działa lepiej, czy gorzej, decydują przyzwyczajenia i umiejętności jej aktywu, które nawarstwiają się z czasem. Faktyczną siłą Razem nie jest jego 2.300 członków, tylko kilkadziesiąt tysięcy „członkomiesięcy”, czyli suma naszego doświadczenia we współdziałaniu.

Trudność łączenia organizacji politycznych polega na tym, że jeśli, dajmy na to, wyjmiemy 500 osób z partii Razem, kolejne 500 osób z Sojuszu Lewicy Demokratycznej i dorzucimy 500 osób do tej pory niezrzeszonych, to nie otrzymamy organizacji liczącej 1.500 osób, która łączy doświadczenia Razem, SLD i świeże spojrzenie niezrzeszonych. Przeciwnie: otrzymamy organizację, która nic nie umie, ponieważ jej członkowie nie mają WSPÓLNYCH doświadczeń, nawyków ani obyczajów.

Organizacje wodzowskie są na ten fenomen bardziej odporne niż organizacje uzgodnieniowe, ponieważ wypracowanie sprawnego obyczaju w gronie wodza i przybocznych jest o rząd wielkości prostsze niż w gronie całego aktywu. Okupują to na dłuższą metę innymi problemami. W szczególności próba złączenia organizacji wodzowskiej z uzgodnieniową jest przepisem na katastrofę, ponieważ mieszamy ze sobą ludzi o wzajemnie wykluczających się przyzwyczajeniach.

Próba zgarnięcia pod jeden szyld szerokiego frontu aktywistów z doświadczeniem od Sasa do Lasa jest już kompletną mrzonką. Ktoś, kto próbuje coś takiego wykonać, mógłby równie dobrze wprost ogłosić, że nie jest przygotowany do kierowania partią.

Jak w takim razie przeprowadzić konsolidację lewicy? Sam się nad tym zastanawiam, bo uważam, że byłaby ona pożyteczna. W pierwszej kolejności musimy wybrać, czy wolimy strukturę wodzowską, czy uzgodnieniową. Unikając wytykania palcem, powiem tyle, że teraz, gdy mam już jakieś pojęcie o polityce zakulisowej, moja niechęć do struktur wodzowskich jest większa niż kiedykolwiek. Nie chodzi mi tu nawet o organizacje polityczne z liderami o znanych nazwiskach, bo wodzostwo objawia się najczęściej na dużo niższych szczeblach. Na każdego wodza faktycznego przypada dwadzieścioro pretendentów i owszem, w partii Razem też miewamy z takimi ludźmi do czynienia. Oni potem od nas odchodzą i mówią o nas przykre rzeczy, bo się u nas nie zrealizowali. Z czasem trafią do innych organizacji. Już szykuję popcorn.

W imię uczciwości muszę przyznać, że zdarza się także, że ktoś się bardzo starał, a uzgodnieniowe mechanizmy Razem go skrzywdziły. Jednym z powodów, dlaczego nie chciałbym dziś zaczynać partii politycznej od nowa, jest to, że ona musiałaby od nowa uczyć się, jak nie popełniać takich błędów.

Alternatywą dla odgórnego zjednoczenia lewicy jest stopniowy przepływ członków. Mówiąc obcesowo: wchłonięcie. To perspektywa tyleż niekomfortowa, co racjonalna w pewnych przypadkach – ale też często stoją za nią ponure intrygi w konwencji „wrogiego przejęcia”.

Ja się „wrogimi przejęciami” brzydzę, dlatego nie będę tu nikomu „dobrze radził”. Pozostanę w sferze czystej teorii: widzę takie organizacje na lewicy, którym dziś absolutnie nie opłaca się posiadanie osobnego szyldu. Tymczasem to właśnie Razem, jako partia radykalnie uzgodnieniowa, wypracowało mechanizmy, które czynią z nas atrakcyjnego gospodarza dla politycznych imigrantów. Nie jest to coś, co znajdziecie w naszym statucie, tylko coś, co wykształciło się jako pewien obyczaj, czyli produkt trzech lat doświadczeń we współdziałaniu.

Otóż w Razem funkcjonuje system frakcyjny. Formalnych frakcji mamy w tej chwili trzy, przy czym nie jest tak, że partia jest pocięta na trzy części, ale raczej tak, że trzy podgrupy w gronie partii mają ustaloną tożsamość, skład i kanały komunikacyjne. Nie sądzę, żeby łączna liczebność wszystkich trzech przekraczała obecnie 10% składu partii, bo też 90% tego, co partia robi, nie wymaga aż tak złożonych mechanizmów uzgodnieniowych. Jednak już w Radzie Krajowej, naszym głównym organie stanowiącym, frakcje to bliżej 70-80% składu (ja sam jestem niezrzeszony). Ordynacje w razemowych wyborach wewnętrznych z jednej strony praktycznie gwarantują frakcjom, że kogoś wprowadzą do Zarządu Krajowego, a z drugiej strony premiują ich zdolność głosowania taktycznego w wyborach do Rady Krajowej. Nie twierdzę, że to dobrze, a jedynie zauważam, że to sprzyja wykorzystaniu frakcji jako narzędzia realnego wpływu na linię Razem.

Mógłbym od ręki wymienić trzy organizacje, które po przystąpieniu do Razem stałyby się najsilniejszą frakcją w partii. Nie zrobię tego, bo wiem, że tylko bym obraził bardzo dużo osób samym faktem, że coś takiego im sugeruję. Mam jednak mocne przekonanie, że jako frakcja byłyby silniejsze i bardziej sprawcze niż jako nasz koalicjant. Razem też by na tym skorzystało, bo miałoby więcej ludzi w już ustalonej strukturze.

O tyle łatwo mi to wszystko mówić, że jako członek organizacji radykalnie uzgodnieniowej czuję się silny cudzą siłą. Nie muszę robić wszystkiego sam ani tym kierować, żeby upewnić się, że zostało zrobione tak, żebym się z tym czuł w porządku. Inaczej mówiąc, nie muszę być najważniejszy ani nawet zwyczajnie ważny.

Gdybym był członkiem organizacji wodzowskiej, zapewne czułbym potrzebę pięcia się w hierarchii. W przeciwnym razie szybko nabrałbym wrażenia, że organizacja się ze mną nie liczy. Wynikłoby z tego dużo napięć i w efekcie tęskniłbym do secesji. To by oczywiście było przeciwieństwo konsolidacji.

Skoro więc – bądźmy szczerzy – nie mam szansy przekonać polskiej lewicy do zapisania się do Razem, to może chociaż przekonam ją do czegoś innego. Jeżeli myślicie na serio o konsolidacji lewicy, to nie upatrujcie szansy na nią w kreowaniu kolejnych wodzów.

Jacek

Prowadzi studio działalności okołogrowej Inżynieria Wszechświetności i tam m.in. pisze więcej o grach. Autor podręcznika Level design dla początkujących. Twórczość Jacka można wspierać na Patronite. → facebook → twitter