demonstracje

Raport z demonstracji 11 listopada 2016

Jesteśmy obecnie świadkami przetasowania pojęć.

Demonstracja, w której uczestniczę, jest w niektórych mediach anonsowana jako “marsz lewicy”. Ale w rzeczywistości to jest marsz antyfaszystów, który oni urządzają od lat. Podobno tegoroczny jest największy w historii. Na pewno jest porównywalny z zeszłorocznym, na który też poszedłem, a dodam, że pogoda była wtedy znacznie lepsza.

Ludzie, którzy mnie otaczają, są jawnie antyklerykalni, ale demonstracja ma format procesji. Na trasie marszu są stacje, na których zatrzymujemy się, by omówić wybraną sprawę.

“Antyfaszyzm” to samookreślenie, którego w Polsce używają anarchiści. Ale “anarchista” to w Polsce często osoba, która nie dąży do anarchii, tylko do demokracji bezpośredniej.

Anarchiści mają swój mundurek: czarne spodnie, czarna kurtka z kapturem, czarna bądź czarno-biała chusta na twarzy. Zwłaszcza w tym roku trudno ich odróżnić od kiboli, ponieważ teraz już jedni i drudzy noszą biało-czerwone opaski. Ale przez nagłośnienie idzie komunikat spójny: to jest manifestacja pokojowa, trzymajcie się w zwartej grupie, nie dajcie się sprowokować, nie chcemy bójek. Ten klimat trwa do samego końca.

Jest taki moment, gdy dziewczyna ze squatów opowiada o tym, jak zupełnie nie może liczyć na system. Otacza ją spory tłum, ale z kolei ten tłum otacza zwarty kordon policjantów w pełnym rynsztunku. Są mocniej opancerzeni niż obstawa zeszłorocznej parady równości. Warto się nad tym zastanowić, gdy rozważamy zagrożenia dla polskiej demokracji. Mamy wolność słowa i policja wciąż dba, żeby tak było, a jednocześnie dziewczyna ze squatów wymienia całą listę powodów, dlaczego nie czuje się wolna.

Jesteśmy na marszu antyfaszystów, ale oto pojawiają się inne tematy. Dziewczyna ze squatów opowiada o ludziach wyrzucanych ze swoich mieszkań. Związkowcy-anarchosyndykaliści – o ucisku pracowników. Osoba transseksualna opisuje przemoc, której doświadcza na co dzień. Osoba z ruchów kobiecych wprost i bez ogródek domaga się aborcji na żądanie. Para dziewczyn opowiada o tym, że tylko na tej demonstracji nie muszą się bać, gdy się trzymają za ręce. Antyfaszyzm jest pełną zwrotką w tej długiej pieśni, bo na dłuższą chwilę zatrzymujemy się pod Zachętą, by uczcić Narutowicza i Dąbrowszczaków. Wspólnym motywem wszystkich wypowiedzi jest walka z takim lub innym wykluczeniem lub uprzedzeniem, a więc faktycznie jesteśmy na demonstracji lewicy, tyle że zupełnie nie takiej, do jakiej przywykliśmy: oddolnej, zdecentralizowanej i wywodzącej swoje tradycje sprzed wojny.

Tyle że kiedy ludzie teraz mówią “lewica”, to myślą “Razem”, a kiedy myślą “Razem”, to mówią “osobno”. Cóż za nieporozumienie. Wokół mnie powiewają flagi anarchistów, Inicjatywy Pracowniczej, OPZZ – które przyszło oficjalnie i nawet miało zupełnie dobre przemówienie, Ostra Zieleń, tęczowe flagi LGBT, flaga ukraińska, flaga europejska, kilka egzotycznych wzorów, którym nie jestem w stanie się przyjrzeć, a nawet flaga z napisem dosyć zaskakującym, mianowicie: “Liberalni Demokraci”. Wszyscy ci ludzie występują tu razem – ale przez małe ‘r’.

W tłumie wypatruję Adriana Zandberga, który właśnie udziela wypowiedzi do kamery, i wyobrażam sobie, że gdzieś tam, w jakimś serwisie, posłuży za twarz wydarzenia. Ale Zandberg nie jest tutaj gwiazdą, tylko statystą. Idzie ze wszystkimi, jak wszyscy. Kwadrans czy dwa później za dużo się rozglądam i o mało co wpadam prosto w zarząd Razem, który sobie tak zwyczajnie stoi w tłumie i rozmawia o czymś tam.

Chwilami mam wrażenie, że jestem na zlepku wielu różnych demonstracji, bo zasada “no logo” oczywiście tu nie obowiązuje. Ale efekt jest taki, że tłum żyje, zewsząd dobiegają dźwięki, gra orkiestra perkusyjna, z głośników leci niemiecki rap, tył czasem skanduje co innego niż przód, a w tłumie przechadza się chłopak przebrany za lemura i dziewczyna przebrana za tygrysa. Pomimo tego wymieszania wszyscy nadal idą w tę samą stronę. To jest piękne na zupełnie inną modłę niż dziesięć tysięcy ludzi śpiewających Mazurek Dąbrowskiego pod dyktando wodzireja.

Z punktu widzenia tego, co zwykliśmy uznawać za politykę, ta demonstracja nie istnieje. Nikt nie wpuści squattersa na salon, a nawet gdyby, to on z tego nie skorzysta. Anarchista nie przestąpi progu Świątyni Opatrzności. Większość z tych ludzi nigdy nie przekroczy żadnego progu wyborczego i nie dostanie zaproszenia od Andrzeja Dudy.

Ale tych ludzi przybywa.

Jacek

Prowadzi studio działalności okołogrowej Inżynieria Wszechświetności i tam m.in. pisze więcej o grach. Autor podręcznika Level design dla początkujących. Twórczość Jacka można wspierać na Patronite. → facebook → twitter