polityka

Pojęcie “elity”

Napisałem ostatnio artykuł, którego nie opublikowałem, bo ma 9 tys. znaków i jest dosyć bezczelny, utrzymany w tonie “my, lewica”. Chciałbym jednak odzyskać z niego jedną myśl. Otóż zastanawiałem się ostatnio nad kryzysem przywództwa wśród opozycji liberalnej i zaniepokoiło mnie, że do obiegu znów wraca pojęcie elity.

Mówimy, że elity to, elity tamto i dosyć często nawet jest to prawda. Zaiste, niektórzy ludzie na pozycjach liderów ostatnio wycinają takie hołubce, że trochę nie wiadomo, gdzie oczy podziać. Co więcej, pomimo wpadek są praktycznie nieusuwalni, ponieważ każdy ma zaplecze, które go kryje.

Faktem jest też, że elity oddziałują na otoczenie. Chciałoby się powiedzieć, że “ryba psuje się od głowy”, tyle że to oddziaływanie jest cechą każdej zgranej grupy społecznej. Na przykład nie nazwałbym elitą lewicowego troll-tanku, z którym związany jest Jarek Kubicki, autor profilu San Escobar. Jarek ma talent i ma również znajomych. Wspólnie wypracowali pewną konwencję żartów. Nie są elitą, a mimo to oddziałują.

Już w samym pojęciu elity kryje się pułapka. “Elita” to jest struktura przywódcza odizolowana od “masy”, której rzekomo przewodzi. Kiedy mówimy, że elity to czy tamto, stwierdzamy, że się przywództwo od nas odkleiło i teraz jest osobnym bytem. Jest to w zasadzie odmiana narracji o inwazji obcych w wariancie “potężni najeźdźcy” (drugi wariant to “barbarzyńska horda”).

No i wszystko pięknie, dopóki sobie nie zdamy sprawy, że na przykład taki Mateusz Kijowski to jest człowiek znikąd, a jego umocowanie w “elitach” jest mniej więcej podobne do – żeby daleko nie szukać – mojego, a więc również Waszego. Mamy tego świetny przykład na świeżo: wspomniany Jarek Kubicki dopiero co w wywiadzie musiał się bronić przed porównaniem do Kijowskiego właśnie.

Cały KOD jest zresztą fascynującym polem badawczym i mam nadzieję, że jakiś antropolog już się za to zabrał. Oto nastąpił pewien spontan liczący dziesiątki tysięcy uczestników. W tym spontanie powstały pewne struktury i co prawda nawet z daleka widać, że one się chwieją, ale zauważcie, że jednak ktoś w nich wypłynął na wierzch, czyli wyklarowało się pewne przywództwo (również lokalne, nie chodzi mi wyłącznie o Kijowskiego). I to nie są ludzie z odgórnego nadania, wskazani przez “elitę”, tylko wyłonieni przez sam spontan, czyli pochodzący z tej konkretnej “masy”.

Można się spierać, czy KOD jako całość jest ruchem elitarnym – tak próbuje go malować PiS – ale to jest po prostu stwierdzenie, że KOD reprezentuje pewną grupę społeczną, która jest osobna od pozostałych. Na upartego można tak odmalować każdego: jedni będą “elitą”, bo są wykształceni, inni bo są z dużego miasta, jeszcze inni – bo mają dom, bo mają znajomości, bo się na czymś znają, bo powiedzieli na głos, że robią coś lepiej niż inni, i tak dalej.

A więc: jeżeli ktoś odpowiedzialnością za dany problem obarcza elity, to właściwie nie wiadomo, o kim mówi. Dawno minęły czasy, gdy można było milcząco przyjąć, że chodzi o arystokrację. Dziś “elita” to po prostu wygodny obcy. Powiedzieć, że Polsce szkodzą elity, to tak samo, jak powiedzieć, że Polsce szkodzi ktoś inny, nie my.

Problem z takim wyobrażonym, potężnym najeźdźcą jest taki sam jak z pokrewnymi temu sposobowi myślenia teoriami spiskowymi. Wynika z niego, że nasze problemy to nie jest nasza sprawa. Zła elita robi, co chce. My to diagnozujemy – i na tym nasza rola się kończy, bo przecież nie jesteśmy elitą. A kiedy już w gniewnym zrywie masowo zabieramy się za przeciwdziałanie, inaczej mówiąc – gdy wszczynamy rewolucję, to uderzamy na oślep, bo “elita” jest słowem-wytrychem, pod które można na bieżąco podstawić kogokolwiek.

W rzeczywistości elitarność to pewien mechanizm. Wybieramy “lidera” i dajemy mu wolną rękę. Kto lidera nie słucha, albo go krytykuje, tego okrzykujemy zdrajcą lub szkodnikiem. Lider sam wszystkiego nie obskoczy, więc dobiera współpracowników, a w jego interesie jest, żeby oni też nie musieli się tłumaczyć, chyba że przed nim. Współpracownicy rozumieją, że od pozycji lidera zależy ich własna, więc robią, co mogą, by ją wzmocnić. W rezultacie powstaje klika. Z czasem lider, którego nie wolno krytykować ani kontrolować, pozbawiony informacji zwrotnej, poruszający się w poznawczej bańce rzekomej nieomylności, zaczyna zachowywać się jak ufoludek. Wtedy nagle się budzimy, że on i jego klika są teraz “elitą”. I czyja to sprawka? No jego, oczywiście, bo złe elity to i tamto.

Jest sens we wskazywaniu elitarności jako przyczyny niektórych naszych niepowodzeń. Jednak każdy, kto wskazuje “elitę” jako winną tej czy innej sytuacji, musi dopowiedzieć, jaką dokładnie elitę ma na myśli, to znaczy wskazać konkretny mechanizm elitarności. Ktoś, kto tego odmawia, po prostu wrabia nas w teorię spiskową.

Jeszcze większy sens widzę w tworzeniu kontr-elitarnych mechanizmów, które posłużą za przeciwwagę dla procesów elitarnych. Tym właśnie są ciała kolegialne. Tym jest kadencyjność. Tym jest jawność i przejrzystość działań. Tym jest również postawa etyczna, która postuluje, że jeśli kogoś wyznaczamy do danej funkcji, również przywódczej, to mamy prawo i obowiązek oczekiwać, że się z nami z wypełniania tej funkcji na bieżąco rozliczy.

Absolutnie nie ma dyskusji z tym, że za wpadki poszczególnych “liderów” odpowiadają oni sami. Skorą są tacy nieomylni, to powinni byli wiedzieć lepiej. Jednak każdy z nich szkodzi tylko o tyle, o ile mu na to pozwalamy, a tak się składa, że pozwalamy na wiele. Sami sobie te nieszczęsne elity fundujemy.


republikacja z facebook.com/jzwesolowski/posts/762025570645448

Jacek

Prowadzi studio działalności okołogrowej Inżynieria Wszechświetności i tam m.in. pisze więcej o grach. Autor podręcznika Level design dla początkujących. Twórczość Jacka można wspierać na Patronite. → facebook → twitter