polityka

Co począć z Pawłem K.?

Nie wiem, to jest skomplikowane. W kontrmiesięcznicach na Krakowskim Przedmieściu przeplata się zaskakująco dużo wątków.

Na pewnym poziomie to jest po prostu przepychanka w gronie starych znajomych, którzy ze swoich animozji zrobili politykę ogólnokrajową. Daruję sobie w tym miejscu zgryźliwe uwagi o uprzywilejowaniu. To jest zresztą moje największe zastrzeżenie i obawa wobec całej tej hecy, że koniec końców jedno TWA zrobi coś, czym zaspokoi potrzebę utarcia nosa drugiemu TWA, ale przy okazji wyrządzi krzywdę krajowi. Na przykład Kasprzak z pewnością sądzi, że coś Kaczyńskiemu udowadnia, a Kaczyński, że coś udowadnia Kasprzakowi, tyle że jakby sobie obaj dali na wstrzymanie, albo powiedzmy poszli do Bristolu na kawę i tam się pokłócili, to by w ogóle nie było żadnego cholernego prawa o zgromadzeniach. Nie wiem, czy możemy ich powstrzymać, ale wiem, że możemy ich nie podpuszczać.

Nie można jednak hecy z Krakowskiego sprowadzić do małostkowej kłótni starszych panów, ponieważ na innym poziomie jest to walka o prawdę materialną, i to nie o pierwszym z brzegu wypadku lotniczym, lecz o kłamstwie na temat wypadku, z którego kuje się na naszych oczach mit państwotwórczy. Jeśli ten mit się ukorzeni, to się go nie pozbędziemy przez następne sto lat.

Na kolejnym poziomie jest to zmaganie (i cóż, że symboliczne) o to, kto jest „mocniejszy” w Polsce i może „postawić na swoim” – czy rząd, który może sobie przegłosować dowolnie kuriozalne prawo i na jego podstawie nasłać na ludzi policję, czy też ludzie, którzy uważają, że od prawa ważniejsze są pryncypia, które się w nim powinny wyrażać. Jeśli Kaczyński przegra na Krakowskim, to tak, jakby przegrał wszędzie. Jeżeli wygra – podobnie.

(Powyższy akapit to taki trochę zamotany sposób na to, żeby powiedzieć, że jeśli umówiliśmy się, że żyjemy w państwie demokratycznym, to prawo, które podważa demokratyczny porządek, jest prawem wymierzonym w państwo. Stajemy w takim wypadku przed dylematem, czy wolimy bronić prawa przed państwem, czy państwa przed prawem. Osobiście nie wątpię, że państwo jest ważniejsze.)

Na jeszcze innym poziomie jest to po prostu rozgrywka wizerunkowa. Kontrdemonstranci posługują się symbolem białej róży, wprost powołując się na jego znaczenie antyfaszystowskie. „Polska wolna od faszyzmu” – to właśnie krzyczano w sobotę pod Św. Anną, skądinąd niefortunnie, bo był gwar i przechodnie rozumieli tylko „faszyzmu”. Pochód miesięcznicowy z kolei wali na cały regulator symfonicznym wykonaniem hymnu, żeby dać wszystkim do zrozumienia, że to oni reprezentują Polskę.

A na jeszcze innym poziomie, niewykorzystanym dotąd, ale potencjalnie atrakcyjnym dla lewicy, jest to sytuacja, w której radykalni prawicowcy, pod parasolem rządu i pod płaszczykiem religii, raz w miesiącu prywatyzują najbardziej reprezentacyjną ulicę stolicy Polski, maszerując od Zamku Królewskiego pod Pałac Prezydencki. Gdybym w książce wprowadził coś tak przeładowanego symboliką, zwyzywano by mnie od grafomanów. Nie dziwię się, że w odpowiedzi stateczni państwo w średnim wieku odruchowo wchodzą w rolę anarchistów.

(Przy okazji – nie zgadzam się, że Obywatele RP swoim działaniem wzmocnili prawicowców, bo miesięcznice już dogasały. To jest prawda tylko w takim sensie, w jakim podnoszenie różnych zamiecionych pod dywan kwestii jest „upolitycznianiem”. Przed kontrmiesięcznicami status quo było takie, że kłamstwo smoleńskie jest oficjalną linią państwa. Teraz jest raban, ale ten raban dowodzi, że kłamstwo jest kontestowane.)

Wydaje mi się, że mając do czynienia z tak skomplikowanym zjawiskiem, jesteśmy winni jego uczestnikom pewną dozę zrozumienia. Nie dlatego, że to, co robią jest (albo nie jest) mądre, ani dlatego, że jest (albo nie jest) ważne dla nas, tylko dlatego, że jest dużo powodów, dlaczego mogłoby być ważne dla nich. Jako lewica jesteśmy piewcami różnorodności, a różnorodność to jest dosłownie pogodzenie się z faktem, że dla mojego sąsiada ważne jest co innego niż dla mnie. Jesteśmy też piewcami solidarności, a solidarność to jest stawanie po stronie tych, którym dzieje się krzywda, a nie tylko tych, którzy mają z nami wspólne sprawy (bo to z kolei jest jedność – też przyjemna rzecz, ale jednak nie to samo).

Nie wiem, czy w takim razie powinniśmy za miesiąc stawić się tłumnie na Krakowskim, czy też omijać je szerokim łukiem. Argumentów za obecnością widzę więcej: prawda, państwo, układ sił w kraju, wybuchowa mieszanka radykalizmu i religii. Główny argument za absencją, czyli personalny wymiar całej tej przepychanki i związane z nim niskie noty za styl, jest za to wielkokalibrowy.

Nie lekceważmy jednak tego zjawiska. Zastanówmy się raczej: dlaczego ludziom pewnego rodzaju tak zależy na symbolicznym zwycięstwie w tej sprawie? Jaką strunę ona w nich porusza? Mówcie co chcecie o Frasyniuku czy Siedleckiej, ale to są dorośli ludzie, którzy sobie coś przemyśleli. Traktujmy ich tak właśnie. W przeciwnym razie nie będziemy lepsi od tych, którzy lekceważą pikiety pod InPostem czy interwencje lokatorskie, zaś aborcję nazywają tematem zastępczym.

Jacek

Prowadzi studio działalności okołogrowej Inżynieria Wszechświetności i tam m.in. pisze więcej o grach. Autor podręcznika Level design dla początkujących. Twórczość Jacka można wspierać na Patronite. → facebook → twitter