demonstracje

Demonstracja 24 lutego 2018

Szczęśliwym zbiegiem okoliczności stałem dwa metry obok, gdy po zakończeniu demonstracji jej formalny organizator podszedł do policjantów. Tego typu rozmowy to rutyna: organizatorzy są w kontakcie z policją, po to chociażby, by powiedzieć jej, że to już koniec draki i można iść do domu.

Tym razem policjanci wdali się w dłuższą wymianę uwag, czując się w obowiązku zapewnić demonstranta, że nie żywią wobec zgromadzenia negatywnych uczuć. Wyczułem podtekst: policja nie będzie sama z siebie robić nikomu kłopotów. Z przyczyn służbowych funkcjonariusze są oczywiście zobowiązani do sporządzenia notatki (w tym nagrania), jednak ocena prawna zgromadzenia należy do sądu, a nie do nich.

Organizator na to powiedział policjantom, że oczywiście rozumie i że nie ma sprawy. Nie omieszkał wręczyć im egzemplarza tekstu, który był gwoździem programu demonstracji i zauważyć na głos, że w jej trakcie nikt spośród postronnych nie wydawał się oburzony.

Rzeczywiście: kiedy 40 osób zebranych pod pomnikiem Mickiewicza intonowało parafrazę Mazurka Dąbrowskiego autorstwa Jasia Kapeli, nikt z przechodniów się nie zatrzymał, nie było żadnych okrzyków, nikt im nie przerywał, ani nie pojawili się kontrdemonstranci. Był to pierwszy i być może ostatni raz w moim doświadczeniu, gdy obojętność ulicy zadziałała (poniekąd) na korzyść zgromadzenia. Trochę mi szkoda policjantów, bo było ich aż ośmioro i nawet mieli swój furgon, co każe mi podejrzewać, że ktoś podesłał dodatkową ekipę na wypadek rozróby.

Program szczęśliwie był krótki, czym oszczędzono obecnym stania na ostrym mrozie. Starczyło jednak miejsca na kilka zwięzłych przemówień. Była mowa o tym, że hymn pisał przecież uchodźca wypowiadający się w imieniu innych uchodźców, marzących o powrocie do kraju. Była mowa o dorobku i spuściźnie Kościuszki, z którym Józef Wybicki współpracował. Pojawiła się myśl, że skazanie Kapeli to nie walka z „obrazą hymnu”, lecz z samą treścią parafrazy, która jest prouchodźcza. Wskazywano, że ta kwestia współgra z obecną miniaturą nagonki antysemickiej z 1968 roku, której okrągła rocznica przypada już za niecałe dwa tygodnie.

Rozumowanie, które wyłania się z tych przemówień, jest może nieco nazbyt uproszczone, ale na pewno coś jest na rzeczy. Mi wyrok na Kapeli wydaje się porykiwaniem polskiego zaściankowego obskurantyzmu, który boi się byle czego i płoszy się z byle powodu. Słuchając dziś wykonania parafrazy na żywo, nie mogłem odpędzić myśli, że jest to w gruncie rzeczy pieśń bardzo narodowa w tradycyjnym sensie tego słowa. Gdzieś w jakiejś równoległej rzeczywistości mogliby ją teraz śpiewać prawicowcy, ponieważ padają w niej takie sformułowania jak „za naszym przewodem” i „bądźcie Polakami”. Taką pieśń mogliby śpiewać obywatele dumnej metropolii przygarniającej zbłąkanych i sponiewieranych pod swe czułe, opiekuńcze skrzydła. Polska prawdziwie powstała z kolan śpiewałaby ją na pełne gardło.

Nie była to wszakże jedyna rzecz, którą dzisiaj śpiewano. Zgromadzenie podsumowała „Solidarność naszą bronią” w wersji Trzeciaka i Migasa. Zaczynam ostatnio słyszeć tę pieśń coraz częściej i przy coraz bardziej zróżnicowanych okazjach. Tutaj uczyniono z niej utwór równorzędny wobec hymnu i choć wahałbym się przypisywać organizatorom świadomy zamysł w tym względzie, to jednak nie widzę tutaj miejsca na przypadek. Gdyby polska lewica miała sobie wybrać jedną jedyną pieśń, która ją wyraża, czyli hymn, to właśnie tę. Ale jednocześnie nie jest to pieśń zarezerwowana na wyłączny użytek lewicy.

Zastanawiam się w związku z tym, czy patrzyłem dziś na zalążek nowej narracji narodowej, która mogłaby podjąć polemikę z toksyczną opowieścią prawicy. Póki co odpowiedź jest przecząca, po prostu dlatego, że na demonstrację przyszło 40 osób (i ośmioro policjantów). Jaś Kapela dostał od sądu po głowie, więc jego znajomi skrzyknęli się, żeby mu okazać wsparcie. Jednak intuicja podpowiada mi, że kiedy opiniotwórcze środowisko, którym bądź co bądź są publicyści, zaczyna organizować się wokół tak jasno zdefiniowanej estetyki, to ona zyskuje szanse na rozprzestrzenianie się. Są one tym większe, że wchodzi tu w grę wypełnienie pewnej próżni, bo nie mieliśmy dotąd języka opowieści o Polsce jako pewnej wartości, a jedynie jako pewnym miejscu, w którym mieszkamy i nic na to nie poradzimy. Tutaj dostajemy konkretną propozycję.

Wydaje mi się ona o tyle warta uwagi, że jest obrazoburcza i rzuca wyzwanie. Oto przerobiono hymn, a więc naruszono tabu, po to by, podpierając się mimochodem autorytetem samego Kościuszki, zaprzeczyć oficjalnej polityce państwa. Zrobiono to w akcie obywatelskiego nieposłuszeństwa wobec wyroku sądowego, a więc rzucono państwu rękawicę. Tak czynią ludzie nie tylko świadomi swoich przekonań, ale także odważni i gotowi swą odwagę zademonstrować. Można powiedzieć, że jest to sposób postępowania właściwy ludziom, którzy wstali z kolan.

Wydaje się, że narracja prouchodźcza – i w ogóle cała opozycyjna narracja propaństwowa – potrzebuje obecnie tego rodzaju brawury. To my jesteśmy ci odważni. To my reprezentujemy silną Polskę. To my władamy bronią solidarności, a ojczyzny ratowanie odbywa się za naszym przewodem. To my jesteśmy ci, którzy się nie boją.

Oczywiście to zadziała dopiero, gdy ktoś tą narracją zechce się podzielić, a nawet, o zgrozo – upolitycznić.

Jacek

Prowadzi studio działalności okołogrowej Inżynieria Wszechświetności i tam m.in. pisze więcej o grach. Autor podręcznika Level design dla początkujących. Twórczość Jacka można wspierać na Patronite. → facebook → twitter