demonstracje

Demonstracja 12 maja 2018

Wychylanie nosa z własnej bańki bywa bolesne. Na imprezie integracyjnej Platformy Obywatelskiej pod marką „Marsz Wolności” wytrzymałem 15 minut.

Chwilę wcześniej byłem jeszcze na demonstracji na rzecz osób z niepełnosprawnościami, która wyruszyła spod Sejmu, podeszła na północny skraj placu Trzech Krzyży, czyli w pobliże miejsca, gdzie zbierał się wspomniany marsz, po czym rozwiązała się. Organizatorzy powiedzieli, że kto chce iść dalej, niech idzie, a kto nie chce, niech wraca pod Sejm. Słyszałem w tłumie debaty pomiędzy demonstrującymi, którzy nie mogli się zdecydować. Najwyraźniej Platforma ma w tym gronie nieco przechlapane.

Dwa lata kontaktów z oddolną opozycją trochę mnie rozbestwiły. Przywykłem do ludzi, którzy mówią otwartym tekstem, co ich boli, czego chcą i co im się wydaje. Czasami robią to nieskładnie, czasami się krępują, czasami gadają całkiem bez sensu, ale przynajmniej jest to zalążek pewnej debaty. W porównaniu z nimi zastosowana na „Marszu Wolności” plastikowa, nachalna konferansjernia złożona pół na pół z deklarowania, jacy wszyscy jesteśmy wolni i radośni, oraz z wymieniania kolejnych przybyłych delegacji PO z całego kraju, wydała mi się koszmarnie wyzuta z treści.

Ale oczywiście to nie była impreza dla mnie. Platforma, podobnie jak SLD na 1 maja, pokazuje się na mieście raz do roku i urządza sobie święto, które ma przede wszystkim ładować uczestnikom baterie i dać im poczucie siły. W odróżnieniu od SLD, Platforma jest w stanie zorganizować kilkanaście tysięcy uczestników.

Poza tym, bez względu na moje wyśrubowane oczekiwania estetyczne – to działa. Znajomi donoszą, że w tym tłumie podpisy pod ustawą o 35-godzinnym tygodniu pracy zbierało się dobrze. Pozytywne emocje to jednak pozytywne emocje: jak się nie ma nad uchem sączących jad znajomych i celebrytów, to można poprzeć choćby i projekt od partii Razem. Zresztą w ogóle, jak się rozmawia z ludźmi w takim tłumie, często okazuje się, że właściwie to oni mają zbliżone poglądy, na przykład na własną rękę wynajdują dochód podstawowy.

Tymczasem w marszu na rzecz osób z niepełnosprawnościami – na oko dwa tysiące osób. Wydaje się, że niewielka część uczestników „Marszu Wolności” przyszła najpierw pod Sejm, w geście solidarności, jednak nie sądzę, żeby była to zorganizowana akcja. Trochę się dziwię, że opozycja parlamentarna tak tanio oddaje pole opcjom pozaparlamentarnym: przy braku znanych twarzy z PO czy Nowoczesnej, wśród demonstrujących wyróżniał się Adrian Zandberg, oczywiście bez partyjnej flagi.

Podziwiam demonstrujących za to, że po trzech tygodniach nadal to ciągną. Za każdym razem, gdy tam jestem, słyszę przemówienia o buncie i rewolucji. Słuchając ich, można odnieść wrażenie, że za chwilę rząd poda się do dymisji. Oczywiście nic tego nie zapowiada, ale demonstrujący zdają się tym nie zrażać. Skala protestu zresztą rośnie, choć pomalutku: najpierw przychodziło 200-300 osób, potem 500, potem tysiąc, a dziś dwa tysiące. Media relacjonują, temat funkcjonuje, przedstawiciele PiS popełniają kolejne gafy. Koszty wizerunkowe protestu zaczynają wymykać się rządowi spod kontroli. To oznacza, że pojawia się szansa na sukces.

Brakuje mi jednej rzeczy. Tocząca się pod Sejmem proto-debata dryfuje czasami w kierunku wymiany uwag o rozwiązaniach. Wiele osób uważa, że główny postulat sejmowego protestu jest objawowy i trzeba pomyśleć o innych narzędziach. Korci mnie momentami, żeby tam pójść, wziąć sobie ten cały wolny mikrofon, i zacząć nawijać o konkretach z naszego programu (których nie znam, ale przecież od ręki doczytam).

Nie mogę tego zrobić. Nie wolno mi. Z punktu widzenia tych ludzi nie jestem z ich bańki.

Jacek

Prowadzi studio działalności okołogrowej Inżynieria Wszechświetności i tam m.in. pisze więcej o grach. Autor podręcznika Level design dla początkujących. Twórczość Jacka można wspierać na Patronite. → facebook → twitter