demonstracje

Demonstracja 25 lipca 2018

Doszedłem do etapu, na którym występuję na demonstracji nie jako uczestnik, lecz jako organizator, a raczej „pomoc fizyczna”. Czuję potrzebę udowodnienia samemu sobie, że nie jestem ciamajdą, więc wpraszam się do zajęć wykonawczych, a nie koordynacyjnych. Pochlebiam sobie, że idzie mi nieźle.

Środową demonstrację przed Pałacem Prezydenckim przeprowadzamy od pomysłu do wykonania w 23 godziny. Strategiczne plany zajęcia się tą sprawą były oczywiście robione wcześniej, ale wykonanie liczę od momentu, gdy zostało ustalone, co dokładnie robimy.

Mój dzień roboczy zaczyna się o 9 rano. Ustalamy z Jaśminą, pomysłodawczynią i współkoordynatorką, że wezmę udział w burzy mózgów. Spróbujemy wymyślić hasła do skandowania i na transparenty. Najpierw jednak muszę ogarnąć sprawy zawodowe, bo nie przydam się partii, jeśli nie będę miał co jeść.

Zabieram się do burzy mózgów o 11. Udział biorą również: Anna, Inga, Jan, Jakub, Maciej, Michał i Piotr. Strzałem w dziesiątkę jest hasło Anny. Ono faktycznie pojawi się na demonstracji.

Przed 13 wyruszam do biura partii, by pomóc przy malowaniu transparentów. Na miejscu są już Andrzej, Anna (inna), Ewa, Florentyna, Jaśmina (ta sama), Łukasz, Mateusz i dwie koleżanki, których nie znam jeszcze z imienia. Wojciech i Zuzanna też są, ale akurat pracują nad zupełnie czym innym. Przy furtce biura zastaję urnę wyborczą, która właśnie schnie po malowaniu. Mijam Ewę, która musi lecieć w innej sprawie, więc prosi, by za pół godziny wstawić urnę do wnętrza. Trzeba ją jeszcze dokończyć, czyli między innymi wstawić do niej… niszczarkę.

Mamy teraz w biurze świeżo odmalowane, białe ściany (pomagałem przy tym!), więc na jedną z nich z laptopa Anny rzucamy projekt graficzny transparentu. Pierwszym krokiem jest przymocowanie do ściany płótna i odrysowanie ołówkiem liter hasła. Następnie kładziemy płótno na podłodze i wypełniamy farbą kontury. Nie musi być bardzo dokładnie, bo na transparent patrzy się z daleka, a zresztą akurat te będą jednorazowe. Zależy nam też, by nie użyć za dużo farby, bo inaczej nie zdąży wyschnąć do wieczora. Siadamy nad tym, a właściwie kucamy, z Florentyną i dwiema koleżankami. Gdy skończymy, Jaśmina obszyje płótno i dopiero wtedy transparent będzie gotowy.

Tymczasem niszczarka nie działa. Chcemy wmontować ją do urny, ale bez pojemnika na ścinki. Ścinki mają wpadać do samej urny, która jest przezroczysta. Niszczarka się przeciw temu buntuje i bez pojemnika odmawia współpracy. Na szczęście Andrzejowi udaje się ją przekonać, co wymaga pewnych drobnych zabiegów technicznych.

Szykujemy też samą urnę. Moje zadanie jest proste i polega na tym, by się do niej wczołgać i zdjąć folię, którą od wewnątrz oklejono przezroczysty plastik. Folia aż taka przezroczysta nie jest, więc trochę przesłania widok, tymczasem nam zależy, żeby wszyscy widzieli dokładnie, co się dzieje w środku.

Większym wyzwaniem jest upewnienie się, że wewnętrzna konstrukcja urny uniesie ciężar niszczarki. Andrzej dochodzi do wniosku, że użyte w tym celu listwy są za słabe. Na poczekaniu wzmacnia je na metalowymi nóżkami, które zostały nam po rozbiórce starego regału.

Jest mniej więcej 14:30. Wyruszamy z Andrzejem do zewnętrznego magazynu, by zabrać z niego gabaryty: głośniki, generatory prądu, kable, lampy, scenę i jeszcze parę drobiazgów. Na miejscu spotykamy Mateusza, który dziś odpowiada za organizację w terenie i ma klucz do samoobsługowego magazynu. Dla mnie to gratka, bo pierwszy raz w życiu jestem w prawdziwym magazynie do magazynowania i posługuję się wózkami transportowymi (niestety bez własnego napędu – zaufanie do podobnych mi amatorów jest mimo wszystko ograniczone do rozsądnego minimum). Pomaga nam nieco spóźniona ekipa przeprowadzkowa, która dysponuje odpowiednio dużym samochodem.

O 16 docieramy znów do biura, skąd podejmujemy składowane tam rzeczy i już gotową urnę. Niszczarkę transportujemy do góry nogami, tak by nie uszkodzić jej delikatnego wnętrza. W zwykłej sytuacji byłoby ono osłonięte pojemnikiem na ścinki, ale my go ze sobą nie zabieramy, bo zastąpi go urna. W pakowaniu uczestniczą Ewa i Andrzej, ja mam chwilę przerwy. Ewa dołącza do ekipy przeprowadzkowej i jedzie z nią na Krakowskie Przedmieście. Andrzej jedzie gdzie indziej i dołączy później. Ja na Krakowskie zmierzam metrem. Jestem tylko po śniadaniu, więc po drodze kupuję jakieś śmieciowe byle co, które wchłaniam w pociągu, przy pasażerach.

Gdy docieram na Krakowskie, są tam już: Ewa, dwie Joanny, Jakub, Mateusz, Michał, dwóch Tomaszów i wiele innych osób. Szybko tracę rachubę i pojmuję, że kompletna lista obecności jest poza moim zasięgiem. Jaśmina i Anna dołączają niedługo potem z gotowymi transparentami. Widzę też Hannę, która poprowadzi zgromadzenie, oraz Adriana i Agnieszkę, którzy będą przemawiać. Wkrótce przychodzą Alan, Dagmara i Paulina, nasi koalicjanci.

Razemowa grupa logistyczna wie, co robi. Mogę im tylko nie przeszkadzać, więc zabieram się za nabijanie flag na drzewce. Przerywa nam przedstawicielka sąsiadującego z demonstracją lokalu i domaga się, żebyśmy się usunęli, gdyż najwyraźniej zajmujemy jej kawałek chodnika. Po kilku minutach negocjacji przesuwamy podest dla urny o dwa metry i rezygnujemy z użycia większych głośników. W międzyczasie generatory prądu lądują za rogiem, gdzie nie będą zagłuszały przemówień i muzyki.

Stajemy przed problemem technicznym: mamy transparent „nie niszczcie wolnych wyborów” i chcemy, by wisiał on nad urną, która posłuży nam do happeningu. Podest urny ma z 70cm wysokości, sama urna kolejny metr, a to daje już wzrost człowieka. Nie możemy poprosić dwóch osób, by stały na podeście i trzymały transparent, bo transparent musi być rozpięty na całą szerokość, która jest nieco większa niż szerokość podestu. Jeżeli jednak staniemy na chodniku, to transparentu nie będzie widać zza urny, bo jego drzewce nie są dostatecznie długie. Rozwiązanie improwizuje Jakub, mocując jedną parę drzewiec do drugiej z pomocą taśmy i trytytek. Ku mojemu zdumieniu – działa.

Jesteśmy w lekkim niedoczasie. Zbliża się 18:30, czyli początek demonstracji. Grupa porządkowa odziewa się w gustowne (czyt. „wściekle różowe”) kamizelki, zakłada na ucho radiowe słuchawki z mikrofonem i przechodzi odprawę. Wtedy właśnie następuje incydent: na scenie siada pan ze ślicznym, dużym psem, który niestety okazuje agresję wobec jednej z naszych koleżanek. Na szczęście udaje się go wyprosić bez dalszych kłopotów.

Sama demonstracja to drugie tyle roboty, co przygotowania, ale mój dzień roboczy dobija już do dziesięciu godzin, więc pozwalam sobie na wolniejsze tempo. Biorę na ramię flagę i przechadzam się z nią w tłumie. Obserwuję, jak ludzie reagują na przemówienia (zaskakująco dobrze), muzykę (podrygują) i happening z urną. Happening polega na tym, że można oddać głos na wolne wybory, wrzucając do urny kartę do głosowania. Ukryta w urnie niszczarka mieli głos na drobne ścinki, bo tym właśnie jest nowe prawo dotyczące ordynacji wyborczej i Sądu Najwyższego.

Najbardziej w pamięć zapada przemówienie Huberta, który nie jest z Razem, ale opowiada bardzo wzruszająco o solidarności między osobami tęczowymi a resztą Polski. W tłumie liczącym około 1500 osób jest sporo takich, które trudno nazwać lewicowymi, a jednak udaje się chwycić je za serca. Dla tego jednego przemówienia już warto byłoby się starać, a przecież działo się o wiele więcej.

Szczególnym atutem naszej demonstracji są tańce. Taki był główny zamysł Jaśminy: między przemówieniami puszczamy po 2-3 piosenki i tańczymy. Ludzie oswajają się z tą ideą powoli, ale stopniowo krąg tańczących rośnie, a wiele osób się przygląda. Po cichu liczę, że jeszcze to powtórzymy, bo choć sam nie tańczę – właśnie trzymam transparent – to i mi się udziela.

Kończymy około 20:30. Trzeba jeszcze posprzątać. Anna odwiezie niszczarkę do biura, bo to sprzęt wynajęty i wymaga szczególnej opieki. Fachowa ekipa rozmontuje wynajętą scenę. Grupa porządkowa załaduje nasze rzeczy do przeprowadzkowej furgonetki.

Kto ma jeszcze siłę, może pobiec pod Sąd Najwyższy, by wziąć udział w kolejnym wydarzeniu. Ja już nie mam, więc wymykam się z kilkoma osobami na symboliczne piwo. Nie piję, więc moim „piwem” jest herbata z cytryną. Koleżanka siedząca obok wybiera symboliczną porcję cydru. Inne osoby poprzestają na ogół na jednym jasnym, bo jutro też czeka je praca. Każdy dzień spędzony na demonstracji to dzień nie spędzony w kampanii wyborczej, który będzie trzeba nadrobić.

Przy tym warto pamiętać, że w partii politycznej spotkania „przy piwie” też są pracą. Z Dagmarą przełamujemy koalicyjne lody, gdy słucham jej malowniczych anegdot ze studiów na Politechnice. Z Agnieszką wymieniamy uwagi o nieformalnym, wewnątrzpartyjnym minibadaniu, które w tej chwili prowadzę. Krzysztof i Piotr dyskutują przy osobnym stoliku.

Jest 23, czas do domu. Czuję zmęczenie, niemniej wracam pieszo. Ten spacer to moja nagroda. Jutro napiszę relację i nadrobię narosłe przez cały dzień zaległości w partyjnej korespondencji, a potem siądę do pisania następnego rozdziału mojej książki o grach. Zrobię też wewnętrzne post mortem samej demonstracji: ile osób przyszło, jaki był nastrój, co zyskaliśmy, co straciliśmy, czy pomogliśmy sądom.

Jestem zmęczony i wypoczęty jednocześnie. Kładę się spać głównie przez rozsądek. Będzie dobrze. Musimy tylko zrobić to wszystko jeszcze tysiąc razy.

Jacek

Prowadzi studio działalności okołogrowej Inżynieria Wszechświetności i tam m.in. pisze więcej o grach. Autor podręcznika Level design dla początkujących. Twórczość Jacka można wspierać na Patronite. → facebook → twitter