Polska nie istnieje

Od dłuższego czasu prześladuje mnie przeczucie, że Polska nie istnieje.

Ta myśl wymaga uzasadnienia, zważywszy istnienie placka na mapie podpisanego „Polska”, budynków z charakterystycznymi czerwonymi tablicami, a także niepomijalnej grupy ludzi odmieniających słowo na ‘p’ przez wszystkie przypadki. Umiemy nazwać Polskę, opisać ją, a nawet wskazać palcem. Trudność leży w tym, co właściwie wskazujemy.

Gdy wypoczywamy w przytulnym cieple własnego domu lub relaksujemy się w ulubionej kawiarni, powiemy, że znaleźliśmy się w tych konkretnych miejscach: to jest mój dom, to jest nasza kawiarnia. Jednak gdy pochmurnym listopadowym porankiem wychodzimy z domu niewyspani, idziemy pod wiatr i mokniemy od drobnego, lodowatego deszczu, po dotarciu do biura skarżymy się, że oberwaliśmy w twarz Polską.

W biurze mamy kolegów. Na ulicy mijamy bezdomnych. Koledzy są zespołem. Bezdomni są Polską. Wszakże sami bezdomni, jeżeli wsłuchamy się w ich słowa, widzą rzecz odwrotnie: to my jesteśmy Polską, a oni – samotni przeciwko niej.

Czasami do pracy jedziemy samochodem. Uczestnik ruchu, który przepisowo ustępuje nam pierwszeństwa, jest kierowcą. Ten, który pierwszeństwo wymusza, jest kierowcą z Polski.

Odprężamy się przy filmie lub książce. Filmy o przeciętnych lub nadprzeciętnych ludziach rozwiązujących widowiskowe problemy nazywamy kryminałami, thrillerami, czasem komediami. Filmy o pijakach i łobuzach są filmami o Polsce, czasami nawet wtedy, gdy dzieją się w innym kraju.

Słuchamy muzyki. Ta, którą lubimy, jest naszą muzyką. Cała reszta to już muzyka Polaków. W moim kręgu towarzyskim najbardziej polskimi gatunkami są hip-hop i disco – oczywiście, że -polo! – ponieważ właśnie do tych gatunków nikt się nie przyznaje.

Zwracamy przelotną uwagę na politykę. W imieniu spraw, które są nam bliskie, występują osoby, fundacje, czasem nawet partie. Ogół spraw, którym się sprzeciwiamy, to Polska. Polska nas krzywdzi, a ten czy ów człowiek nas broni.

Mówimy potem, że Polska nam doskwiera. W rzeczywistości to rzeczy, które nam doskwierają, przywykliśmy nazywać Polską.

Odradzam pochopną interpretację. W tym myśleniu Polska nie jest synonimem rzeczy złych. Oznacza w równym stopniu rzeczy obce, cudze, obojętne i niechciane. Polska to zbiór spraw, które nie są nasze. Polska jest zawsze gdzieś indziej, po drugiej stronie granicy wytyczonej przez nas samych. Żeby zobaczyć, jak to działa, przyjrzyjmy się ciekawemu przypadkowi hasła „tu jest Polska” rzucanego przez ludzi o charakterystycznych poglądach.

Polska z ich deklaracji nie jest tą samą Polską co placek na mapie i budynki z czerwonymi tablicami. Obejmuje tylko ich samych i pozostaje w lepszych lub gorszych stosunkach z dziwnym, obcym tworem określanym na co dzień tym samym słowem, lecz nie zasługującym na nie. A raczej: zasługującym o tyle, o ile uda się wypełnić go Polską właściwą. Ludzie od „tu jest Polski” rozumieją, że kraj działa lepiej, gdy go sankcjonuje państwo, dlatego konsekwentnie odcinają kawałki tego drugiego. Wykrawają dla siebie dzielnicę i mówią: „tu jest Polska”, to znaczy: tutaj twór zwany potocznie Polską działa na ich zasadach.

Ludzie o innych poglądach unikają niefortunnego homonimu, a często również bardziej szanują autonomię mechanizmów państwa. Jednak granice między samymi sobą a Polską budują na podobnych zasadach. Też mają swoje dzielnice, do których nie wpuszczają tego co obce, cudze, obojętne lub niechciane, tak długo jak „Polska” ich do tego nie zmusi. Wymuszenie pierwszeństwa jest niedopuszczalną ingerencją Polski w wewnętrzne sprawy dzielnicy.

Rozbicie dzielnicowe sprzed siedmiuset lat biegło wzdłuż granic geograficznych. Jego współczesny odpowiednik wyznaczają podziały społeczne. Iluzją są mapki wyborcze kolorujące lewą stronę placka na pomarańczowo, a prawą na niebiesko. W rzeczywistości mój konserwatywny sąsiad z naprzeciwka mieszka w innej dzielnicy niż ja, podczas gdy mój lewicowy współpracownik ze Śląska mieszka w tej samej.

Jeszcze rok temu mniej uważny obserwator mógł sądzić, że dzielnice są tylko dwie: konserwatywno-autorytarna i liberalno-demokratyczna. Niedawny maraton wyborczy zaprzeczył temu dwukrotnie: z dzielnicy konserwatywno-autorytarnej wyodrębnili się nacjonaliści, a z liberalno-demokratycznej – lewica społeczna. Z racji przekonań bardziej przyglądam się tym drugim i zauważyłem na przykład, że wrogość dzielnicy liberalnej wobec nowej lewicy nie ustępuje wrogości wobec dzielnicy konserwatywno-autorytarnej. W wypowiedziach rozpoznawalnych publicystów dostrzegam próby wznoszenia kordonów sanitarnych. Obcość postulatów ekonomicznych stała się bodźcem do eksmisji ze spraw wspólnych, takich jak standardy naszej demokracji. Dzielnice ogłaszają niepodległość nie tylko od Polski, ale także od siebie nawzajem.

Rozmyślnie unikam nazw ugrupowań, ponieważ w danej dzielnicy może zaistnieć więcej niż jedno. Nie jest to jednak sytuacja trwała. Po prawej stronie widać to gorzej, ponieważ autorytarny charakter dominujących ruchów maskuje ich wewnętrzne podziały. Po lewej obraz jest ostrzejszy.

Gdy w zeszłą sobotę wybrałem się na demonstrację „Solidarność zamiast nacjonalizmu”, spotkałem tam znajomą działaczkę, osobę o silnym temperamencie. Znajoma wygłosiła wiele cierpkich słów o polityku konkurencyjnej partii i produktach spożywczych wchodzących rzekomo w skład jego śniadań. Polityk i działaczka na moje rozeznanie zgadzają się w około 90 procentach spraw. Pozostałe 10 wystarcza, by działaczka nie chciała mieć z politykiem nic wspólnego.

W ten sposób dzielnice rozpadają się na dalsze dzielnice. Ogłaszamy niepodległość nie tylko od ludzi, z którymi nie zgadzamy się w sprawach nie podlegających negocjacjom, ale także od tych, z którymi różnią nas subtelne przesunięcia akcentów.

Temu podziałowi nie ma końca. Ogłaszamy niepodległość od kolegów z branży pracujących w innej firmie; od mieszkańców sąsiedniej klatki schodowej; od kierowców innych samochodów; od miłośników tej samej literatury zebranych w innym kręgu towarzyskim; od dalszych i bliższych krewnych; od osoby, która stoi przed nami w kolejce sklepowej. Rośnie lista eksmitowanych: cebulaki, gimbaza, hipsterzy, dresy, lemingi, katole, lewaki, słoiki, blachosmrody, pampersy, menele, janusze, kaszkiety, mohery, blachary, ciemnogród, pikniki. Zbiorczo: Polacy.


Można inaczej.

Działaczka spotkana na demonstracji wie, że głosowałem na partię polityka, za którym nie przepada. Ja wiem, że ona w wyborach kandydowała z listy związanej z partią, która mi się nie podoba. Ale jej wielka sprawa, której poświęciła życie, jest także moją sprawą, więc pomagamy sobie jak możemy. Nie musimy mieć tych samych priorytetów, żeby mieć wspólne priorytety.

Na demonstrację przyszli anarchiści, z którymi się nie zgadzam. Ale sprawa, w której wystąpili, jest również moją sprawą, więc się nią dzielimy. Nie musimy się ze sobą zgadzać, żeby się ze sobą zgadzać.

Ulubiona partia działaczki i partia polityka kładą nacisk na różne postulaty i realizują różne strategie. Jednak wrażliwość mają podobną. W wielu przypadkach inicjatywy jednej z nich będą na rękę drugiej. W takich sytuacjach mogą i pewnie będą wspierać się wzajemnie, bo już dojrzały do świadomości, że ich sprawa jest wspólna. Nie muszą jednoczyć się organizacyjnie, żeby zjednoczyć się w sprawie.

Ani żadna z tych partii, ani ja osobiście, nie pałamy przesadną miłością do liberałów. Nie ma między nami zgody w sprawach ekonomicznych. A jednak łączą nas sprawy obyczajowe. Nie musimy walczyć o te same podatki, żeby walczyć o te same małżeństwa.

Ani lewica, ani liberałowie nie zachwycają się postulatami konserwatystów. Dzieli nas zarówno spojrzenie na ekonomię jak i na obyczaj. Ale nawet z konserwatystami mamy wspólną sprawę, którą jest sama demokracja. Autorytarny charakter dominujących partii maskuje fakt, że wielu ludzi o konserwatywnych poglądach łączy szacunek dla tradycji z szacunkiem dla demokracji. Nie musimy się zgadzać, żeby zgodzić się, że się nie zgadzamy. Nie musimy zgadzać się z każdą decyzją, żeby ją uszanować. Nie musimy sobie ustępować, żeby sobie pomagać.

Niedawno chciałem kupić znaczek pocztowy. Pani zza okienka sprzedała mi go sprawnie, zadając pomocne pytania przyozdobione życzliwym uśmiechem. Z tą osobą już nic mnie nie łączy. Jej życie prywatne, poglądy, a nawet podejście do Polski są mi obojętne. Gdybym mimo to się im przyjrzał, być może odkryłbym, że są przeciwieństwem moich. Ale nawet z tą osobą miałem wspólną sprawę: chciałem kupić zupełnie zwyczajny znaczek, ona chciała go sprzedać, a oboje chcieliśmy rozstrzygnąć sprawę gładko. Życie składa się głównie z takich spotkań: wpadamy na siebie przypadkiem, zajęci własnymi sprawami, a łączy nas to, że chcemy, żeby wszystko dla wszystkich dobrze się skończyło.

Polski istnieje tam, gdzie ta chęć. Czasami trwale, gdy ludzie o różnych celach, lecz wspólnej dobrej woli, działają razem i zostawiają uchylone drzwi dla tych, z którymi łączy ich mniej niż sto procent. Czasami tylko przelotnie, w krótkich spotkaniach pod szczęśliwym znakiem, gdy słoneczny polski październik mieni się tysiącem barw liści.

Pomóżmy Polsce zaistnieć trochę bardziej.


republikacja z: facebook.com/jzwesolowski/posts/556112444570096

Pisze: Jacek

Prowadzi studio działalności okołogrowej Inżynieria Wszechświetności i tam m.in. pisze więcej o grach. Autor podręcznika Level design dla początkujących.

Twórczość Jacka można wspierać na Patronite.

Author: Jacek

Prowadzi studio działalności okołogrowej Inżynieria Wszechświetności i tam m.in. pisze więcej o grach. Autor podręcznika Level design dla początkujących. Twórczość Jacka można wspierać na Patronite.