Wzburzenie

Jednym z powodów, dlaczego w miarę możliwości unikam gniewnych wpisów, jest toksyczny konwenans, który mówi, że wzburzenie kompromituje.

To mniej więcej tak, jakby istniała reguła, która winą za fizyczną napaść obciążałaby osobę napadniętą, ponieważ odwinęła się napastnikowi. Różnica polega na tym, że można kogoś zdenerwować, samemu nie okazując irytacji, a więc stworzyć sytuację asymetryczną, w której wzburzenie jest oczywiste, natomiast jego przyczyny pozostają ukryte.

Prawdą jest, że w warunkach wzburzenia trudno się rozmawia. Kiedy więc sam spotykam osobę wzburzoną, zazwyczaj czekam, aż jej przejdzie. Czasami wymaga to ode mnie odcięcia się od tej osoby, po to żebym sam się nie zdenerwował.

Prawdą jest też, że ludzie wzburzeni nie tyle są, ile bywają. Nadto ekspresja wzburzenia (niekoniecznie szczera) bywa narzędziem w rękach ludzi o złej woli, jednak ich kompromituje nie tyle samo wzburzenie, ile zła wola, którą da się obnażyć. Ludzi wzburzonych programowo, w odróżnieniu od ludzi wzburzonych z powodu frustracji, wyróżnia to, że nie potrafią lub nie chcą utrzymać go w ryzach. Ich wzburzenie rozlewa się ze sprawy będącej jego nominalną przyczyną na wszystkie sąsiednie, a nawet zupełnie nie związane.

Prawdą jest również to, że wzburzenie to najczęściej wyraz bezradności wobec zastanej sytuacji, na przykład takiej, że ktoś nas ignoruje lub kłamie w żywe oczy. Jeżeli komuś brakuje dobrej woli, to może z łatwością takie wzburzenie podsycać, po prostu nadal nas nie słuchając lub nadal kłamiąc. Można było to zaobserwować wczoraj na sesji rady, gdzie ludzi przetrzymano kilka godzin, nie dając dojść do głosu, a część z nich upychając w osobnym pomieszczeniu. Inaczej mówiąc, zrobiono wszystko, żeby się zdenerwowali.

Jeżeli dodatkowo konwenans mówi, że wzburzenie kompromituje, to widzimy jak na dłoni, że boisko jest pochyłe. Pozwalając sobie na wzburzenie, oddajemy kontrolę nad rozmową w ręce osób o złej woli. One zaś, pozwalając sobie na kłamstwo czy lekceważenie, nic nie tracą.

 

Moja odpowiedź na to jest dwojaka. Po pierwsze, bez mrugnięcia okiem blokuję każdą osobę, której wypowiedzi sprawiają wrażenie, że zostały skomponowane tak, by podsycać wzburzenie. Zgodnie z wcześniejszymi spostrzeżeniami, są to wypowiedzi nie tylko niegrzeczne, ale także lekceważące lub drastycznie rozbieżne z faktami (nie mam czasu roztrząsać, czy ktoś kłamie świadomie, czy tylko dał się nabrać komuś innemu). Wycinkę stosuję w zasadzie bez zwracania uwagi na to, czy mam do czynienia ze znajomymi, czy też z obcymi; z osobami o poglądach zbliżonych, czy też odmiennych. W ten sposób dbam o higienę informacyjną mojego najbliższego otoczenia. Chodzi nie tylko o to, żebym ja się nie irytował, ale też, by wzburzenia uniknęły osoby postronne.

Drugą częścią mojej odpowiedzi jest następujący postulat: jeżeli ktoś nas lekceważy, obraża, pomawia, odczłowiecza i tak dalej, tak jak to obecnie czynią nie tylko kręgi władzy, ale również niektóre kręgi liberalne, to taki ktoś nie jest partnerem do dalszej dyskusji. W realiach warszawskich oznacza to na przykład, że nie rozstrzygniemy kwestii reprywatyzacji na sesji nadzwyczajnej rady miasta. Bardziej przydadzą się inne narzędzia, począwszy od współpracy z prokuraturą, a skończywszy po prostu na protestach ulicznych, rzecz jasna werbalnych. Podobnie na łamach gazet są publicyści, z którymi nie ma sensu wchodzić w polemikę, ponieważ ich celem nie jest prawda, lecz nasza kompromitacja.

Na dłuższą metę powyższy akapit uogólnia się do następującej prawidłowości: nie zwracamy się do naszych przeciwników, ani też do naszych już przekonanych sprzymierzeńców, lecz do osób postronnych, na przykład wprost do czytelników danej gazety. Przemawiając w sposób, który nas nie kompromituje, przekonujemy do naszych poglądów, rozpowszechniamy świadomość faktów, proponujemy rozwiązania problemów.

 

Wyzwanie polega na tym, że osoba postronna sama nie przyjdzie do nas po naszą opinię, ponieważ nie wie lub nie pamięta o naszym istnieniu. Nadto nie ma powodów, by nam przesadnie ufać. Z istniejących kanałów komunikacji korzystamy tylko w szczególnych okolicznościach, ponieważ wśród zawodowych uczestników polityki, w tym także mediów, niewielu jest takich, którzy chcieliby rozmawiać z nami poważnie i na co dzień.

Dlatego nie uciekniemy przed kreowaniem własnych sposobów na dotarcie do osób postronnych. Musimy sobie przy tym uczciwie powiedzieć, że w najbliższym czasie nie założymy, na przykład, stacji telewizyjnej. Jeśli założymy gazetę, to przez długi czas nie będzie ona poczytna. Ale za to dowiedziono już, że nawet “samotny strzelec” z nadmiarem wolnego czasu może stworzyć bardzo popularny kanał na YouTube. A więc sposoby na propagowanie treści są, tylko trzeba do nich podejść z głową.

Przydałaby się dyskusja o tym, co jest wykonalne w takich budżetach, jakie mamy, ale także – na jakie nowe formy aktywności jesteśmy w stanie zorganizować budżety. Na przykład sam od dłuższego czasu rozważam crowdfunding tego i owego, ale póki co się waham, bo nie umiem jeszcze wysondować, jaka skala przedsięwzięcia byłaby osiągalna tą metodą. Tymczasem, urządzając kampanię, na przykład na potrafiku, muszę wiedzieć z góry, czy potrzebuję 10 tysięcy złotych, 50 tysięcy, czy może stu. W pewnych granicach mogę przykroić projekt do możliwości, ale najpierw muszę je znać.

Cokolwiek wyniknie z dyskusji na ten temat, musimy pamiętać, że żyjemy w erze dominacji procesów rozproszonych. Nie chodzi o to, by urządzić “zryw”, na przykład w postaci jednorazowej kampanii reklamowej z prawdziwego zdarzenia, lecz by stworzyć stałą “obecność”, to znaczy regularnie powtarzać sygnały o zróżnicowanych formach i spójnej treści. Już jesteśmy nieźli w te klocki, bo na przykład na Facebooku radzimy sobie dobrze. Nie stać nas jednak na to, by Facebook stał się naszą koleiną, w której utkniemy, to znaczy dotrzemy do użytkowników Facebooka i nikogo poza tym. Spryt, kreatywność i elokwencja będą nam potrzebne do tego, by – całkiem dosłownie – wyjść z sieci na miasto.


republikacja z: facebook.com/jzwesolowski/posts/690625037785502

Pisze: Jacek

Prowadzi studio działalności okołogrowej Inżynieria Wszechświetności i tam m.in. pisze więcej o grach. Autor podręcznika Level design dla początkujących.

Twórczość Jacka można wspierać na Patronite.

Author: Jacek

Prowadzi studio działalności okołogrowej Inżynieria Wszechświetności i tam m.in. pisze więcej o grach. Autor podręcznika Level design dla początkujących. Twórczość Jacka można wspierać na Patronite.