Planowanie i solidarność

Planować warto, planować trzeba, planować się da. Kto odmawia planowania na zapas, zasługuje na wszystkie niespodzianki, które mu się przytrafią. Ale każdy plan musi coś założyć.

Nie można przygotować się na wszystko, bo to by było nieskończenie skomplikowane lub nieskończenie drogie. Żeby działać skutecznie, trzeba zaufać rzeczywistości w możliwie największym zakresie. Do dziś jestem dumny i wdzięczny mojemu zespołowi z poprzedniej pracy: mogłem powierzyć im zadania i przez tydzień się nimi nie interesować, a po tygodniu okazywało się, że wszystko jest zrobione.

Dziś patrzę na mój własny dziennik zajęć z ostatniego miesiąca i trochę się martwię. Moje zadania wymagały tyle pracy, ile zaplanowałem, a więc sam plan był dobry. Jego założenia – już nie. Przewidziałem, że może wydarzyć się polityka. Przewidziałem, że mogę potrzebować wolnego dnia na sprawy prywatne. Przewidziałem, że mogę przez kilka dni borykać się z gorszym samopoczuciem. Nie przewidziałem – a raczej świadomie nie założyłem – że te rzeczy wydarzą się równocześnie. Teraz w moim planie zieje dwutygodniowa dziura.

Opóźnienie się nadrobi i nie będzie ono wielkim problemem na dłuższą metę. Sam zawsze powtarzam współpracownikom, że dobry plan to raczej zgadywanka niż obietnica. Nawet jest taka prawidłowość, że największe przeszkody w nadrabianiu tworzy bieg w kółko z panicznym wrzaskiem, że się pali. Zamiast tego – lepiej się zatrzymać, policzyć do dziesięciu i zrobić tyle, ile się zdąży.

Chodzi mi bardziej o samą obserwację, że źródłem trudności życiowych nie są przeciwności jako takie, tylko ich nawarstwienie. Widziałem kiedyś, jak lądujący na Okęciu samolot przeleciał nad moją głową dużo szybciej i niżej niż inne maszyny korzystające z tego pasa. Być może pilot popełnił błąd, ale najwyraźniej nic złego się nie stało, bo gazety o tym milczały. Dopiero kombinacja kilku uchybień zmieniłaby Okęcie w Smoleńsk.

Najlepsza rzecz, jaką można zrobić dla innych ludzi, to nie być ich prywatnym Smoleńskiem, czyli tą piątą lub szóstą rzeczą z rzędu, której ich plan już nie wytrzyma. Można powstrzymać się od sarkastycznej uwagi, która nam przyszła do głowy, gdy ktoś się głupio pomylił. Można jechać samochodem trochę wolniej, by nie spowodować wypadku. Można zaparzyć mocno zarobionej koleżance herbaty – niech nie wstaje od biurka i cóż z tego, że nie jestem jej sekretarką. Można umówić się ze sobą, że podejmujemy ryzyko tylko we własnym, a nie cudzym imieniu.

Inaczej mówiąc, można zapobiegać drastycznemu obniżeniu jakości życia wszystkich wokół, jeśli się pielęgnuje pewną dozę dyscypliny. Na poziomie osobistym jest nią na przykład przywiązanie do raz danego słowa. Na poziomie społecznym – życie w zgodzie z powszechną umową, z dala od “ścieżek na skróty”. Cokolwiek robimy – róbmy to tak, żeby można było się tego po nas spodziewać. Ta zasada działa na wielu poziomach abstrakcji, od spraw prywatnych po ogólnokrajowe, dlatego że wszystkie one wpływają na nasze życie równocześnie.

Taki jest moim zdaniem sens solidarności. Nie chodzi o to, żeby się poświęcać dla innych, lecz by życie przypominało dobrze ułożony balet: ktoś skacze z zamkniętymi oczami i wie, że albo go złapiemy, albo nie staniemy na jego drodze. Solidarność to rozpinanie siatek nad przepaściami, usuwanie sterczących gwoździ i ostrożność w posługiwaniu się ciężkimi przedmiotami. Solidarność to życie w taki sposób, by inni planowali z nami, a nie pomimo nas. Solidarność to kreowanie rzeczywistości, do której można mieć zaufanie.


republikacja z facebook.com/jzwesolowski/posts/711165392398133

Jacek

Prowadzi studio działalności okołogrowej Inżynieria Wszechświetności i tam m.in. pisze więcej o grach. Autor podręcznika Level design dla początkujących. Twórczość Jacka można wspierać na Patronite.