Wykreować nacjonalistę

We wczorajszej demonstracji radykalnych nacjonalistów w Białymstoku najciekawsze wydaje mi się co innego niż sama demonstracja.

Nacjonaliści powiedzieli to samo co zawsze. Zrobili to, co już robią od dłuższego czasu. Manifestacjami, pobiciami i uszkodzeniami mienia dowiedli już determinacji. Jednak póki co nie dowiedli, że umieją przekonać do tej działalności osoby postronne. Pomimo spadku stabilności Polski, narastania obaw wobec cudzoziemców, a przede wszystkim – pomimo wyborczych sukcesów PiS i Pawła Kukiza, radykalni nacjonaliści wciąż są na etapie „pracy u podstaw”. Tymczasem najbardziej lewicowa partia w Polsce, czyli Razem, dogoniła już w sondażach partię najbardziej prawicową, czyli Korwina.

Zaryzykuję hipotezę, że w tej chwili radykalni nacjonaliści w Polsce nie są w stanie wykreować samych siebie. Potrzebują, żeby ich kreował ktoś inny. Dlatego najciekawsze wydaje mi się nie to, co robią oni sami, lecz to, co z nimi zrobią lewica, Kościół i liberałowie.

Na lewicy oczywiście trzęsiemy się z oburzenia, ponieważ naszym hasłem jest solidarność, a naszym zadaniem – stawanie po stronie słabszych. Radykalni nacjonaliści otwarcie dążą do eskalacji fizycznej przemocy, a więc są dokładnie takim zjawiskiem, jakim się sprzeciwiamy. Pytanie brzmi: czy nacjonaliści to zjawisko tworzą, czy jedynie się nim żywią? Jeżeli faktycznie tworzą, to należy wytykać ich palcem i konsekwentnie określać po imieniu, to znaczy jako faszystów, a następnie wykorzystać wszystkie środki prawne i perswazyjne, by utrudnić im dalsze działanie.

Jednak bardziej prawdopodobne wydaje mi się, że ksenofobia i agresja istnieją w Polsce w oderwaniu od nacjonalizmu. Mierząc z reflektorów w ONR reklamujemy ich. Mówimy wszystkim skrytym rasistom w tym kraju, że jeśli chcą wreszcie wyrazić swoje poglądy swobodnie, to proszę, tu mają kogoś, kto ich chętnie przygarnie. Skuteczniejszym podejściem wydaje mi się celowanie w rasizm jako taki. Pobicia czy wandalizmu dopuszczają się nie „narodowcy”, lecz po prostu okropni ludzie. Izolujmy ich. Niech ich przekaz nie rezonuje z naszym. Skupmy się na tym, co proponujemy zamiast ksenofobii.

Kościół, rozumiany w tym wypadku jako społeczność wiernych, a nie tylko duchownych, znalazł się na krawędzi pewnego rozstrzygnięcia. Konflikt między promowaniem bliskich Kościołowi idei poprzez debatę z niewiernymi a narzucaniem ich ogółowi istnieje od dawna, jednak do tej pory unikano eskalowania go. Pamiętam na przykład, że gdy byłem młodszy, moi rodzice chodzili na msze do konkretnego, „sensownego” księdza, a gdy jego zabrakło, przestali chodzić w ogóle. Zyskali na tym święty spokój, ale ich Kościół stracił cząstkę głosu.

My, niewierzący, nie możemy ani nie powinniśmy zmieniać Kościoła w imieniu członków Kościoła. Jednak w szybkim tempie zbliżamy się do decyzji, czy Kościół jest w Polsce naszym sąsiadem, to znaczy organizacją, która robi swoje i czasem się z nami zgadza, a czasem nie, czy też przeciwnikiem, to znaczy organizacją, której cele są dla nas tak samo nie do przyjęcia jak fizyczna przemoc wobec mniejszości. Dostrzegam ryzyko, że dylemat Kościoła wkrótce rozstrzygnie się spontanicznie na rzecz radykalnych nacjonalistów, co ich oczywiście znacznie wzmocni. Niewierzący mogą się temu tylko przyglądać, dlatego kolosalną wagę ma obecnie głos umiarkowanych katolików. Jeśli się zreorganizują i zaczną mówić głosem silnym i masowym, to mają szansę na przynajmniej odroczenie niekorzystnego rozstrzygnięcia.

Liberałowie są w tej chwili w pułapce, ponieważ nie dysponują własną odpowiedzią na radykalny nacjonalizm. Ich hasła, czyli wolność i dobrobyt, rozbijają się o rzeczywistość, w której większości osób postronnych wolność nie pomogła, a dobrobyt się nie ziścił. Dlatego liberalna obietnica, że kiedyś wszyscy będziemy bogaci, nie umywa się do symboliki i retoryki, którą oferuje postulat silnego, zdyscyplinowanego i pisanego wielką literą „Narodu”. Najlepszym przykładem KOD: urósł, bo odwołania do wolności uzupełnił legendą opozycji lat 70. i 80, która wciąż ma wielką siłę, ale głównie wśród osób w pewnym wieku. Tymczasem radykalni nacjonaliści odwołują się do młodych. Żeby ich powstrzymać, trzeba coś zaproponować właśnie tej grupie.

To się udaje lewicy. Jej charakterystyczne hasła, czyli równość i solidarność, niosą obietnicę, której ludzie obecnie potrzebują, a jej działania stopniowo ją uwiarygadniają. W ten sposób lewica, w odróżnieniu od nacjonalistów, już dziś kreuje samą siebie. Tym samym rośnie konkurencja dla liberałów, z którą wcześniej czy później przegrają, ponieważ obietnica, że kiedyś wszyscy będziemy bogaci, nie umywa się do idei, że wszyscy jedziemy pod górkę na jednym wózku.

Liberałowie widzą przed sobą dość przykry, ale pozorny wybór: czy w następnym Sejmie bardziej nie mają ochoty układać się z Korwinem, czy z Razem. Mam wrażenie, że właśnie z tego dylematu wynika niezwykle ambitna nadzieja na „oswojoną” lewicę, która pozostanie w nurcie liberalnym i nie podważy jego postulatów, ale jednocześnie przemówi do ludzi, których te postulaty nie przekonują. Spełnieniem marzenia byłaby na przykład hipotetyczna nowa partia tworzona przez Barbarę Nowacką lub Roberta Biedronia, a najlepiej przez oboje naraz. To bardzo zdolni politycy, ale moim zdaniem nawet ich to zadanie przerośnie, ponieważ jest wewnętrznie sprzeczne. Obstawiając tę opcję liberałowie tracą czas. Ten zaś działa na korzyść radykalnych nacjonalistów pracowicie orzących swoją „pracę u podstaw”.


republikacja z: facebook.com/jzwesolowski/posts/626468147534525

Jacek

Prowadzi studio działalności okołogrowej Inżynieria Wszechświetności i tam m.in. pisze więcej o grach. Autor podręcznika Level design dla początkujących. Twórczość Jacka można wspierać na Patronite. → facebook → twitter