Demonstracje 21-23 marca 2018

Nie było mnie w pobliżu, gdy odpalono race. Jeszcze na placu Trzech Krzyży wyprzedziłem pochód i pobiegłem na Nowogrodzką, by zobaczyć, czy nie czekają tam na nas przykre niespodzianki. Dopiero wróciwszy do domu doczytałem, że kilka osób użyło czarnych rac, wywołując tym zdecydowaną reakcję policji, która z kolei ściągnęła na siebie gromy za to, że nie jest konsekwentna. Istotnie: na marszu nacjonalistów w listopadzie rac były tysiące, a policja nie interweniowała.

Prawda wydaje mi się bardziej skomplikowana niż to, co się sugeruje, mianowicie że policja woli jedną opcję od innej. Policja przede wszystkim mierzy siły na zamiary. Marsz na Nowogrodzką nie był jedynym zdarzeniem w piątek, bo zaczęło się od tak zwanego spacerniaka na skrzyżowaniu Świętokrzyskiej i Marszałkowskiej, a o 15:00 spod kurii arcybiskupiej na Miodowej ruszył pomocniczy pochód. W obu zdarzeniach zaobserwowałem, że policja ustępuje. Na spacerniaku, czyli proteście polegającym na chodzeniu w kółko po pasach na skrzyżowaniu, tłum w pewnym momencie rozjechał się ze światłami i zaczął przechodzić na czerwonym. Samotny policjant próbował go zatrzymać: lewą ręką wszedł w drogę jednej osobie, prawą drugiej, zaś pozostałe trzysta po prostu go minęło. Kierowcy mogli tylko trąbić, na co tłum przystawał na chwilkę (na czerwonym!), żeby im pomachać.

Na Miodowej też kilkaset osób. Pod murem kurii: policja ramię w ramię, zupełnie jak pod Sejmem. Moim pierwszym skojarzeniem było, że budynek duchownych potraktowano jak rządowy. Dowiedziałem się później, że w podobny sposób obstawiono wszystkie kościoły na planowanej trasie pochodu. Tymczasem na Miodowej o 15 zaczęły się przemówienia, odśpiewano rozbudowaną parafrazę Roty i było całkiem spokojnie, do momentu gdy o 15:12 na miejsce dotarły posiłki ze spacerniaka. Nagle się okazało, że jest nas coś pod tysiąc osób. Tłum, nie zważając na policjantów, wszedł na jezdnię, co nie było dozwolone, i już na niej został. Policja parę razy wezwała do zejścia na chodnik, ale nic to nie dało, więc tylko zastawiła ulicę furgonami, żeby nie było wypadku, i cofnęła mundurowych pod mur kurii.

Klucz do zachowania służb wydaje mi się prosty: policja antycypuje nasze zachowania i stara się im raczej zapobiegać niż przeciwdziałać. Interwencje podejmuje tam, gdzie ma przewagę liczebną, a więc tam, gdzie ściera się z małą grupą osób pozbawioną wsparcia. Tłumu nie ruszy. Dlatego jeśli race, to albo zero, albo setki. Jeżeli zgadzamy się z danym demonstrantem, to stajemy za nim murem, a jeśli nie – inaczej mówiąc, jeśli uznajemy go za prowokatora – to się cofamy. Jeżeli tęczowa flaga w bramie, to z zaskoczenia. A jeśli marsz, to gwiaździsty, bo wtedy policja musi się rozproszyć. Taka jest praktyczna wymowa hasła „solidarność naszą bronią”.

Ratusz wycenił główny pochód na 55 tysięcy. Ja na zbiegu Nowogrodzkiej, Koszykowej i Raszyńskiej doliczyłem się 30 tysięcy, ale mam pewność, że to jedynie liczba osób przebywających w tym miejscu równocześnie. Rotacja była duża ze względu na późną porę i fakt, że wiele osób spędziło już na ulicach po kilka godzin.

Zresztą wyliczenia straciły w piątek sens. Warszawa była czarna. Chodząc po mieście przez cały dzień, co chwilę mijałem kogoś ubranego okolicznościowo, często w towarzystwie. Ludzie bardzo często nie przystawali na protest, tylko witali się ze znajomymi i już w większej grupie biegli dalej. W okolicach Sejmu powstawały de facto spontaniczne demonstracje złożone z osób, które najwyraźniej umówiły się z kimś pod takim czy innym pomnikiem.

No i ten język. Chyba wszyscy zauważyli zmianę. Żadnych kompromisów, żadnej obrony status quo, chcemy złagodzenia ustawy, chcemy antykoncepcji, chcemy in vitro, chcemy opieki ciążowej i dziecięcej, w tym zwłaszcza dla podopiecznych z niepełnosprawnościami. I to dopiero początek, bo sprawa kobiet jest sprawą tęczową, sprawą równościową, sprawą antyrasistowską, sprawą solidarnościową. Prawa kobiet to także prawa kobiet biednych, nękanych w miejscu pracy, starych lub schorowanych. Wreszcie, prawa kobiet to po prostu prawa człowieka, a prawa człowieka to przecież również prawa mężczyzn. Strajk Kobiet przekształca się w Strajk Wszystkich. Wielowymiarowy, lewicowy, rozproszony ruch na rzecz praw kobiet osiągnął to, co nie udało się zdalnie sterowanemu przez Platformę KOD-owi: sformułował zalążek pozytywnego programu. Zresztą KOD też się w tym ruchu odnajduje, bo w piątek widziałem kilka KOD-owych transparentów. Witamy na pokładzie.

I jest w tym dyskursie miejsce dla samych mężczyzn! Ku mojemu zdumieniu, przez cały tydzień, na wszystkich wystąpieniach, ale zwłaszcza wśród studentów, widziałem i słyszałem mężczyzn nie tylko w tłumie, ale także na scenach; w rolach nie tylko pomocniczych, ale również jako mówców. Oczywistym wyzwaniem jest tu znalezienie sprawiedliwych proporcji między chęcią wsparcia a obawą przed wyparciem, ale cieszy mnie, że pojawia się wśród nas to kluczowe zaufanie: możemy wszyscy być aktywni, głośni, możemy się nawet chwalić, możemy też działać ręka w rękę bądź na różnych frontach, a przy tym nie obawiać się, że pojawi się między nami konkurencja. Razemowy mem wykręca 40 tysięcy udostępnień. Tekturowe łapki Akcji Demokracji zmieniają tłum w las rąk. Przybyłe nie wiem skąd orkiestry perkusyjne zmieniają pochód w przemarsz. Ogniste przemówienia aktywistek Strajku Kobiet ładują nam wszystkim baterie.

Coś się zmieniło. Coś się przebudziło. Kiedy w sierpniu pisałem, że idzie Nowa Opozycja, że to lewica nadaje ton debacie, że za chwilkę zacznie wyznaczać innym aktorom pozycje na scenie, śmiano się ze mnie i mówiono, że będę odszczekiwał. Ale trend nie wygasł, nikt go nie zatrzymał, nie zaproponowano alternatyw. Choć spowalniają go nieraz przykre emocje nabrzmiałe pomiędzy konkretnymi osobami, to jednak robimy postępy. Być lewicowcem dzisiaj, to znaczy stać po stronie nie tylko przyzwoitości, ale również skuteczności. Na miejscu rządu, ale także na miejscu hierarchii kościelnej, która teraz musi chować się za kordonami policyjnymi, żeby znowu ktoś nie zatknął im tęczowej flagi na bramie albo namazał graffiti na fasadzie, podliczyłbym straty i dał sobie spokój, chociażby po to, by odebrać trzeciej sile bodziec wzrostowy.

To nie znaczy, że już wygraliśmy. Sprawa wróci w kwietniu. Przez cały tydzień, a najbardziej w piątek, słuchałem uważnie wypowiedzi aktywistek kobiecych, by wyłapać zapowiedzi dalszych kroków – i nie znalazłem ich. Niemniej od stycznia nasza pozycja okrzepła, bo z treści przemówień wynika jasno, że co najmniej jedną rzecz wszyscy już wiemy. Wybory do samorządów będą kluczowe. Musimy mieć w nich własną reprezentację.

Kto nią zostanie – nie wypada mi spekulować, skoro niedawno zapisałem się do partii, która do tej roli pretenduje. Jestem jednak bardzo wdzięczny organizatorkom, że zniosły zasadę „no logo”. Z jednej strony powiedziały w ten sposób „sprawdzam” i dzięki temu wylazło, kto faktycznie popiera i ma od tego ludzi, żeby przytargali na demo flagi i transparenty, a kto tylko wrzuca filmy na Facebooka. Z drugiej strony, ten umożliwiony przez organizatorki wysiłek zostaje udokumentowany na zdjęciach i w nagraniach przez osoby postronne. Chciałbym teraz, żeby pozwolono nam na wystąpieniach nie tylko być, ale również mówić. Organizatorki dysponują obecnie mocną dźwignią: mogą zwrócić na kogoś powszechną uwagę, po prostu pojawiając się w towarzystwie tego kogoś. Nie muszą nikogo popierać. Wystarczy, że dadzą im szansę.

Wycofując się zawczasu, rząd podarował nam luksus, by wolno nam było w piątek raczej celebrować niż walczyć. Może dlatego przemówienia wyrażały stanowisko, ale nie formułowały programu. Ten temat będzie musiał wrócić, bo wybory lokalne wygrywa się nie hasłami, tylko konkretami: jak urządzić skwer, gdzie zbudować drogę, a gdzie szkołę, ile liczyć za parkowanie, a ile dopłacić do biletów miesięcznych. Sam spędziłem ten tydzień w szpagacie, bo w czasie gdy wszyscy w Warszawie szykowali się na piątek, my walczyliśmy o sprawiedliwszy układ okręgów wyborczych.

W starciach na dużą skalę, takich jak kampanie wyborcze, wygrywa ten, kto sprawniej żongluje zasobami. Dlatego zachęcam do szukania rozwiązań wydajnych. Żeby daleko nie szukać, ja w partii nie jestem od kandydowania, tylko od pisania tekstów, bo tak jest najwydajniej. Zresztą to jest chyba zero zdziwień. Do zobaczenia na następnej demonstracji!

Jacek

Prowadzi studio działalności okołogrowej Inżynieria Wszechświetności i tam m.in. pisze więcej o grach. Autor podręcznika Level design dla początkujących. Twórczość Jacka można wspierać na Patronite. → facebook → twitter