Książę Filip rezygnuje z funkcji publicznych

Filip Mountbatten, książę Edynburga, earl Merioneth, baron Greenwich, etc. etc., książę-małżonek królowej Elżbiety II, zrezygnował dzisiaj z pełnienia funkcji publicznych. Prawdopodobnie dogonił go wiek – w czerwcu obchodził będzie 96. urodziny.

To będzie wielka strata: książę małżonek słynie z absolutnie niewyparzonego języka, którym niejednokrotnie ożywiał nudne państwowe uroczystości.

Przypominam (albo prezentuję nieznającym) czterdzieści osiem najlepszych gaf księcia Filipa:

48 of Prince Philip’s greatest gaffes and funny moments

między Gdańskiem a zdrowym człowiekiem

Skala Fahrenheita, nazwana, jak nietrudno zgadnąć, od nazwiska twórcy, jest dość dziwaczna. Jeden stopień Fahrenheita to 5/9 stopnia Celsjusza, a skale spotykają się przy -40 stopniach. Trochę nie wiadomo, o co chodzi i z czym to jeść.

Dziwaczności skali wynikają z przyjętej konwencji: Fahrenheit uznał, że sto stopni to temperatura zdrowego człowieka (no, prawie: zdrowy człowiek ma dokładnie 98°F), natomiast zero stopni to najniższa temperatura zanotowana w zimie 1708 roku w jego rodzinnym mieście Gdańsku.

Współcześnie skalę Fahrenheita definiuje się przez odniesienie do punktu wrzenia (212°F) i zamarzania wody (32°F), w standardowym ciśnieniu oczywiście.

Ogólna wygoda i praktyczność skali Fahrenheita sprawia, że stosowana jest wyłącznie w Stanach Zjednoczonych, gdzie dobrze pasuje do funtów, uncji, mil i furlongów, oraz tu i ówdzie na Karaibach i zachodnim Pacyfiku.

Więcej.

ŚNIEK

“Snowflake macro: crystal of chaos and order” (Aleksiej Kliatow)

Jako że pada, mikrociekawostka:

Największy zanotowany płatek śniegu, wedle Księgi Rekordów Guinnessa, miał 38 centymetrów średnicy i spadł w 1887 roku w Fort Keogh, zdaje się w Montanie.

Wiele więcej o śniegu można przeczytać, oczywiście, na Wikipedii – łącznie z takimi ciekawostkami pobocznymi, jak to, że nadal nie do końca wiadomo, jak zlepiają się te kryształki lodu, oraz że techniki wymyślone przez pierwszego fotografa płatków śniegu są używane do dzisiaj.

No, poza fotografowaniem śnieżynek pod mikroskopem elektronowym.

 

Wymarłe literki

Kolega pokazał mi zabawny fanpejcz na fejsie, “Cyrylica jedynym słusznym sposobem zapisu języka polskiego”. Zastanowiłem się troszkę, troszkę się pośmiałem (“jeż” stałby się nagle dwuliterowym słowem zaczynającym się od samogłoski), ale pomysł jest jednak z gruntu chybiony, chociażby z uwagi na brak w cyrylicy znaków pozwalających na zapis samogłosek nosowych “ą” i “ę”.

Ciekawe jednak, że takie znaki kiedyś w cyrylicy były.

Nazywały się “duży jus” (który odpowiadał, z grubsza, ą) i “mały jus” (który odpowiadał ę). Nazwy nie oznaczają, że jeden był małą literą, a drugi wielką, nie — obydwie te litery miały swoje wielkie i małe wersje (istniał zatem wielki duży jus, wielki mały jus, mały wielki jus i tak dalej). Jusy wyginęły, ponieważ języki słowiańskie posługujące się cyrylicą — bułgarski, macedoński, rosyjski, a do 1860 roku także rumuński — zatraciły odpowiadające im głoski, toteż litery przy którejś reformie pisowni zanikły także (w przypadku rumuńskiego razem z całą cyrylicą).

Wyglądały jak niżej:

Mały jus
Duży jus

Nawiasem mówiąc, zupełnie pomijając kwestie jusów, dowiedziałem się przy okazji, że po angielsku ten śmieszny haczyk, który zamienia “a” w “ą”, nazywa się “ogonek”. W sensie nie “little tail” – ogonek.

Więcej o jusach oczywiście na Wikipedii.